03.11.2014

[M] Śpij, skarbie

Prosiłabym o czytanie z tym podkładem:)


Czuła, że coś się nie zgadza. W miejscu, gdzie przebywała, było ciemno. Zbyt ciemno. Jej ociężałe powieki nie chciały się otworzyć, a płuca z ledwością radziły sobie z oddychaniem. Nie wiedziała, gdzie była, co robiła, jak długo się już tam znajdowała, ani jak się znalazła w takim miejscu, ale nie mogła się ruszyć. Jakby ktoś rzucił na nią Drętwotę na nieokreślony czas.
  Kiedyś czytała o eliksirach, które wprowadzały organizm w stan śpiączki; o zaklęciach, które imitowały sen, jak i również o jakichś czarnomagicznych klątwach, które były w stanie uśpić czarodzieja na nieokreślony czas. Zaś ona sama w tym momencie łudziła się, że za chwilę będzie w stanie otworzyć oczy, rozejrzeć się dookoła i znaleźć winowajcę jej stanu. Kobieca intuicja podpowiadała jej jednak, że coś się najzwyczajniej w świecie nie zgadzało — jakby nie zapowiadało się na to, aby to było możliwe.
  Nagle usłyszała głos. W pierwszym odruchu zmarszczyłaby brwi, ale nie była w stanie —  mogła zadowolić się jedynie małą namiastką zdziwienia, jaka pojawiła się w środku, kiedy zdała sobie sprawę z tego, że ten głos znała. Zaczęła przeszukiwać swój umysł w poszukiwaniu jakichkolwiek informacji na ten temat, uwzględniając jedynie płeć męską — jednak głos Harry'ego bądź Rona rozpoznałaby od razu.
Harry miał nieco dziecięcy głos, jednak zawsze — nawet jeśli leżeli w troje na błoniach — słyszała radość, optymizm. Jego niezachwiana wiara we wszystko i wszystkich oraz bezgraniczne zaufanie czasami bywały utrudnieniem, szczególnie kiedy należało przeprowadzić selekcję, a on nie posiadał takiej umiejętności — wskazywania ludzkich błędów. Mimo to zdarzały się chwilę wahania, niepewności i to właśnie on zawsze sprawiał, że każdy chciał dać z siebie wszystko, udowodnić, że zwyciężą.
  I zwyciężyli.

     Rozwój i mutacja Rona były całkowitym zaskoczeniem, jednak nie szło to w parze ze zmianą jego charakteru. Pozostały wszelkie oznaki dziecinności, niskiej samooceny, jak i fakt, że momentami czuł się gorszy przez brak pieniędzy, popularności, dziewczyny czy niski status społeczny. Pamiętała jego zwątpienie, a potem ból, kiedy okazało się, że Harry umarł. Chwycili się za ręce, podtrzymując się wzajemnie na duchu.
  Potem nagłe zaskoczenie, szok i radość we wspólnym tańcu, chęć działania i mocny kopniak — w końcu Harry był ich ostoją; kimś, na kim spoczywała ogromna odpowiedzialność poprowadzenia dobrej strony do zwycięstwa. I udało mu się. Był legendą, którą każdy chciał znać.
  Nagle wspomnienia się urwały, jakby ktoś wziął gumkę i wymazał ciąg dalszy. Gdzie jest to wszystko, co stało się po bitwie?
     Pamiętała radość, kiedy Voldemort poniósł klęskę z rąk jej przyjaciela, ale gdzie dalsza euforia? Gdzie pomoc w odbudowie Hogwartu? Gdzie... gdzie do cholery podziało się to wszystko?

Granger, ty idiotko. Musiałaś? Musiałaś właśnie teraz? Kiedy… kiedy starałem się, żeby wszystko wyszło? Kiedy w końcu wszystko zaczynało się układać? Kiedy w końcu cały mój plan zaczynał się powodzić, ty Granger musiałaś... Właśnie teraz…

  Obstawiała kogoś, kto chciał poznać jednego z członków sławnej Świętej Trójcy, kto chciał cieszyć się małą namiastką bycia blisko Harry'ego Pottera choć przez chwilę.
  Ale nie.
     Ona dobrze znała ten głos, jednak coś jej się nie zgadzało.
     Ton wypowiedzi. Taki… spokojny, miły dla ucha, lekko wystraszony? Być może obojętny, neutralny, jednak ani krzty jadu, sarkazmu, ironii. Nic, absolutne zero.
     Była w szoku — Draco Malfoy, jej wróg numer jeden, osoba, z którą nienawidziła się od pierwszego roku, rozmawiała z nią jak z normalną osobą. Nie, stop. Nie rozmawiała. Pewnie nawet nie był świadomy tego, że ona słyszy każde jego słowo.
  Może to i dobrze, pomyślała. Przynajmniej nie musiała się martwić o to, by załagodzić w jakiś sposób sytuację. Żadnego: „Och, Malfoy, pamiętasz, że ja wciąż jestem szlamą?”; „Halo, Malfoy, ja cię słyszę, więc skończ udawać idiotę i wyjdź stąd”; „Zakłócasz mój wewnętrzny spokój, więc przestań stwarzać pozory, że się lubimy tylko dlatego, że najpewniej ktoś z Proroka nas obserwuje”.
  Jedyne — dobra, jednak jedno z wielu — co było niejasne, to jego słowa. Co musiała właśnie teraz?          Przecież wszystko, co aktualnie robiła, to leżała. Była pewna, że będzie zadowolony z jej stanu, kiedy mógł chociaż przez chwilę poczuć się wygrany, bo nie była w stanie mu odpowiedzieć.
I on, zamiast skorzystania z okazji nawtykania jej niezliczonej ilości inwektyw, po prostu siedział? Stał? Klękał? — Merlin jeden wie — i głosił wspaniałą nowinę, że coś planował, a ona to zniszczyła.
W końcu coś, co nie odbiegało od normy.
Wciąż powtarzane „musiałaś...” — tak, Malfoy, do cholery! Cokolwiek to było i cię doprowadziło do takiego stanu... oczywiście, że musiałam.
Tylko... co?

Czasem ciężko się przestawić, nie, Granger? Kiedy przez cały czas starasz się obdarzać kogoś obojętnym tonem i na każdym kroku starasz się go skrzywdzić, a nagle próbujesz być miły. Nieźle mi to wychodzi, nie, Granger? Jakby ktoś mnie teraz słyszał, to sądziłby, że upadłem na głowę. Bardzo mocno. Nie dość, że gadam sam do siebie, to jeszcze siedzę przy łóżku znienawidzonej osoby i trzymam ją za rękę. Stoczyłem się, Granger. Ale wiesz czemu? Dla ciebie, Granger. Dla ciebie…

Zastanawiała się, dlaczego czuła na ciele rozchodzące się ciepło. Dotykała gada, fakt. Obślizgła... no dobra, nie aż tak obślizgła w dotyku dłoń Malfoya oplatała jej palce i ściskała mocno. Wybuchnęłaby głośnym i niekontrolowanym śmiechem na jego słowa. Miała nadzieję, że nikt nie przywiązał go do krzesła i nie włączył oper mydlanych na całe dwadzieścia cztery godziny — takich tortur nie życzyła nawet najgorszemu wrogowi — czyli, skoro Voldemort nie żył... no właśnie jemu.
Po jakimś czasie zdała sobie sprawę, że zaczyna roztrząsać wszystkie jego słowa, które do tej pory wypowiedział, wszystkie ich spotkania, w których obrzucali się kilogramami wyzwisk czy wydarzeniami, które pogłębiały ich, i tak już dostatecznie głęboką — niczym studnia bez dna — nienawiść. Zdała sobie sprawę, że w stosunku do pozostałych lat, na tym ostatnim roku było ich stosunkowo mniej. Jakby przypadkowo usuwał jej się z drogi. Jak mogła tego nie zauważyć? Kiedy tylko on i jego banda gorylów byli na polu widzenia, Harry i Ron zawsze ich prowokowali. Mimo to nie mogła sobie przypomnieć, żeby on atakował bezpośrednio ją, jak to miał zawsze w zwyczaju.
Kurczę.
Była pewna, że w tym momencie by się skrzywiła. Tak, ten najjaśniejszy umysł wśród hogwardzkiej społeczności nie był w stanie zauważyć tak istotnego faktu, którego nie przeoczyłby nawet niewidomy.
Nie mogła uwierzyć, kiedy zdała sobie sprawę, jak ten gruby lodowy mur ich dzielący zaczął z jego strony pękać już dawno temu, a ona ze swojej jedynie nawoziła kolejne tony lodu, żeby go pielęgnować. Dłoń napierająca na jej palce stała się jak kotwica. Chciała odkryć wszystkie zagadki, chciała, żeby Malfoy jej wszystko wytłumaczył — mógł jej nawet przy tym nie puszczać, nie chciała tego... jednak po chwili usłyszała szelest i ciepło zniknęło, a zastąpił je chłód. Zimny, nieprzyjemny i nieunikniony chłód.


Miała świadomość tego, jak dni mijają. Nie widziała słońca zachodzącego za chmurami, ani księżyca, który rozświetlał granatowe niebo, ale czuła, jak promyki docierają do niej, a potem z powrotem chowają się, i tak powtarzają tę czynność kilkanaście razy. Nie wiedziała, jak mogła funkcjonować bez jedzenia i bez picia przez ten cały czas, ale była niemalże pewna, że ktoś musiał się nią opiekować.
Magomedycyna była jej planem na przyszłość — przed wojną napisała mnóstwo listów do osób, u których mogłaby się uczyć. Wybrała już dalszy kierunek, wybrała miejsce, gdzie odbywałaby praktyki po jak najlepszym zdaniu testów.
    Chciała uzdrawiać ludzi, ratować ich przed śmiercią. Chciała nieść nadzieję na przyszłość i nie dopuszczała do siebie możliwości klęski. Rzadko kiedy zagłębiała się w tematy dotyczące przypadków podchodzących pod inne pododdziały, jednak trzy czy cztery razy jej się zdarzyło. I teraz wertowała swój umysł jak księgę, w poszukiwaniu tego, co ją najbardziej interesowało.
    Przypomniała sobie zapiski z Księgi Chorób i Uzdrowień Hawkinsa, czarodzieja mającego obecnie własny oddział w świętym Mungu — kiedy organizm był wyniszczony i nie był w stanie samodzielnie funkcjonować ani przyjmować substancji potrzebnych do przeżycia, za pomocą magii wprowadzano strużkę światła kontrolującą funkcje życiowe danej osoby. Magia dostosowywała się do potrzeb i uzupełniała braki, a magomedycy mieli większą swobodę w działaniu, bez obaw o to, że ich nieuwaga w kontrolowaniu mogłaby zabrać życie.
Jednak rzadko kiedy decydowano się na tę metodę — potrzebny był czarodziej, który mógłby poświęcić część swojej magii na nieokreślony czas, co aktualnie, kiedy każdy chciał być wszechstronny i używać swojej mocy niemal przez całą dobę, było prawie niemożliwe.
Zdarzali się oczywiście magomedycy, najczęściej wywodzący się z mugolskiego świata — jak ona — którzy woleli sami sobie radzić: samodzielnie przyrządzać obiad, sprzątać, gotować wodę na kawę czy herbatę, i wtedy ta magia, która normalnie zostałaby zużyta na codzienne obowiązki czy przyjemności, była przeznaczana dla indywidualnych pacjentów.
  Uśmiechnęła się w duchu.


  Kiedy Malfoy ostatnio tutaj był, wspominał coś o ludziach. Mogła z tego wywnioskować, że na pewno leżała w jakimś pomieszczeniu. W sumie powinno być to oczywiste, jednak w swoim stanie nie mogła być pewna niczego. Nie czuła podmuchów wiatru ani promieni słonecznych, nie czuła również stęchlizny, więc przypuszczalnie przebywała w dobrych warunkach.


     To uczucie towarzyszące jej przez cały czas było jakieś... dziwne? Czuła, że nie może zasnąć. Pomimo faktu, że jej powieki były cały czas zamknięte, nie mogła oddać się w ramiona Morfeusza. Tak, jakby brakowało jednego elementu układanki i dopóki ona go nie odnajdzie, nie będzie w stanie w końcu odpocząć.
Jasne, leżała, egzystowała, ale to nie miało żadnego celu. Żyła w jakiejś chorej monotonii, jakby zamknięta w zupełnie innym wymiarze, w którym miała najprawdopodobniej zwariować z samotności i pustki.
     Usłyszała, jak ktoś się zbliża, po czym po jej ciele zaczęło rozchodzić się przyjemne ciepło.
  Wrócił.
  Zastanawiała się jaki jest cel jego wizyt, bo wątpiła w fakt, że nagle się odmienił i postanowił naprawić ich znajomość. Dobre sobie — żarty żartami, ale jeżeli zobaczyłaby Malfoya dobrego dla kogokolwiek, z miejsca zaczęłaby się śmiać i płakać jednocześnie.
  Gdyby nie fakt, że była unieruchomiona i nie mogła w żaden sposób wpłynąć na swoje zewnętrzne zachowanie ani mimikę, uśmiechnęłaby się pod nosem słysząc jego głos — o dziwo nie o temperaturze zera absolutnego. Wciąż poddawała w wątpliwość fakt, że to ten prawdziwy Malfoy, którego znała przez siedem lat, a nie ktoś, kto się pod niego podszywa. Chociaż z drugiej strony ton tego głosu... Czasami miała wrażenie, że jest obojętny, jakby się poddawał, zupełnie... jakby brakowało mu sił.
  Mimo wszystkich obelg, które na początku rzucała pod jego adresem, zaczęła doceniać to, że ją odwiedzał. Wpadał z książką, która musiała być dla niego niewątpliwie nudna, czytał ją, opowiadał, co się ciekawego działo przez cały dzień, czasami milczał, jakby gnębiony jakimiś rozterkami, ale wciąż trwał, nieprzerwanie, gdziekolwiek się znajdowali. Jego głos, który przypominał jej Hogwart, jego obecność, która przypominała jej Harry'ego i Rona, cała jego postawa i wszystkie małe czy większe rzeczy, które przez cały czas dla niej robił, były lekiem na wszystkie złe i ponure myśli. Nie miała pojęcia dlaczego. Być może była to potrzeba usłyszenia kogokolwiek z wyjątkiem rzadko puszczanego radia czy półsłówek wypowiadanych przez kobiecy głos, który często gościł w jej pomieszczeniu.

  Wiesz, Granger, bycie prefektem ma jeden plus. Mogę robić co chcę, kiedy chcę i zawsze znajdę jakieś wytłumaczenie, najczęściej związane z obowiązkiem pilnowania uczniów, czy z innymi bzdurami. Rzuciłem na siebie zaklęcie Kameleona. Nie chcę ryzykować, że któryś z uczniów wejdzie i zobaczy, jak trzymam Granger za rękę. Nie obraź się, Granger, ale moja reputacja strasznie by na tym ucierpiała, a twoja nie ma już jak, bo jej w ogóle nie posiadasz. Nie no, wybacz, Granger, taki żart. Moje poczucie humoru też już upadło. Żałuję, że nie jesteś w stanie mnie usłyszeć, a jeszcze bardziej, że ja nie jestem w stanie usłyszeć ciebie. Mimo tego zarozumiałego tonu, Granger, masz całkiem fajny głos. Na swój sposób…

  Miała ochotę się śmiać. Wiedziała, że takie słowa z ust Dracona Malfoya to nie lada komplement. Nie żeby kiedykolwiek zależało jej na dobrym słowie od niego, ale kurczę, musiała przyznać, że to było... w porządku. Nawet więcej niż w porządku.


  Minęło już kilka dobrych tygodni od jego codziennych wizyt — o ile w tej czasoprzestrzeni, w której się znajdowała, w ogóle czas mijał — i zdążyła przywyknąć do jego komentarzy, do jego głosu i do temperatury jego ciała.

  Zawsze słyszała skrzypnięcie krzesła albo inne, dochodzące nieco bliżej niej, i czekała, aż chwyci ją za rękę i przeniosą się w swój własny, odrębny i niedostępny dla innych świat.

  Mam tyle nauki, że zaraz będę musiał iść. Wiesz, Granger, że jak ciebie nie ma, to ja zajmuję miejsce najbardziej inteligentnego czarodzieja w zamku? No, przynajmniej tego, który nie leży na łóżku w Skrzydle Szpitalnym i nie może się ruszyć, więc wiesz, jakoś tę pozycję muszę utrzymać. Zawsze zastanawiałem się, co ty widzisz w tych wszystkich książkach. Non stop siedziałaś i się uczyłaś. To było dla mnie niepojęte, Granger. Wszyscy uczniowie wychodzili na błonia i po prostu odpoczywali, a ty cały czas siedziałaś z książką. Ale teraz w jakiś sposób cię rozumiem, Granger. Czasem fajnie jest coś… wiedzieć. Merlinie, czy ty mnie słyszysz? Niżej upaść się chyba nie da. Albo wiesz co, Granger, jak tak na ciebie patrzę, to jest to jednak możliwe. Och, wybacz, Granger, przyzwyczajenie. Wiesz, zdarza się nawet najlepszym.

Na początku jego zachowanie ją szokowało. Bezpośrednie uwagi, często odnoszące się do jej stanu, jednak dopiero teraz wspomniał, gdzie dokładnie się znajdowali. A więc Skrzydło Szpitalne... Głos, który często słyszała, musiał należeć do pani Pomfrey.
  Podejrzewała, że nie wszyscy zdecydowali się na ukończenie roku — pamiętała, jak często siedziała z innymi Gryfonami w Pokoju Wspólnym i wszyscy rozmawiali o swojej przyszłości. Znaczna część stwierdziła, że po wojnie od razu podejmie się pracy albo pomoże, jeżeli tylko pomoc będzie potrzebna. Część z nich już nigdy nie ziściła swoich marzeń.
  Jednak, jeśli znajdowali się w Hogwarcie — teraz już miała tę stuprocentową pewność, więc mogła dopuścić do siebie pozostałe myśli — gdzie podziali się Harry i Ron? Obiecali być przy sobie niezależnie od wszystkiego i wspierać po wojnie. Ron i Harry mieli zostać aurorami, a ona skończyć rok i odbyć praktyki u magomedyka. Co się stało z ich przyszłością?
  Natrętne myśli odleciały. Postanowiła, że przestanie się zatracać w tym ponurym świecie złożonym z wątpliwości, dlaczego ich przy niej nie ma.
Pewnie mieli sporo obowiązków, pracy, w końcu jako Aurorzy nie mogli pozwolić sobie na długie przerwy.
Pewnie ją odwiedzą, kiedy tylko im się uda.
Na pewno.
Powróciła do swojego własnego świata, na pół prawdziwego, na pół złożonego tylko z ciemności.
Dlaczego nie mogła wyrażać swoich emocji na zewnątrz? Dlaczego nie mogła rozpłakać się jak zwykłe dziecko z bezsilności, że nie może podziękować jemu, że wciąż ją odwiedzał? Dlaczego odebrano jej nawet tak przyziemną czynność?
Draco Malfoy... Teraz czuła, jakby znali i lubili się od zawsze. Jakby nie nienawidzili się, tylko akceptowali. Po prostu byli sobą — oboje.
Nie miała pojęcia, czy jest to spowodowane jedynie brakiem innej obecności obok, czy czymś więcej. Jakąś wewnętrzną potrzebą, którą jedynie on był w stanie zaspokoić.
     Pierwszy raz w historii Hermiona Granger czegoś nie rozumiała.

  Dobra, Granger, muszę już iść. Postaram się przyjść jutro, ale nic nie obiecuję. Wiesz, nauka, fanki, te sprawy. Pa, Granger.

  Miała ochotę pokręcić z niedowierzaniem głową. Mimo całego przyzwyczajenia do nienawidzenia jej, starał się być uprzejmy, i mogłaby się wykłócać na wszystkie tematy, ale tym razem bycie miłym nawet mu się udawało. Usłyszała skrzypnięcie łóżka, na którym moment temu przysiadł, po czym ciepło z jej ciała się ulotniło i po raz kolejny zastąpił je chłód. Westchnęłaby zrezygnowana, gdyby nie fakt, że nie mogła tego zrobić.
  Coś poczuła — niewidzialny ślad pozostawiony na jej policzku, który zaczął palić ją od środka.

  No, to tego, Granger, teraz to ja już serio idę.

  Była po prostu... zadowolona? Szczęśliwa? Zdziwiona? Zaskoczona?
     Malfoy ją pocałował. Tak... — zastanawiała się, jaki epitet nie będzie kolidował z jego pochodzeniem i faktem, że był Ślizgonem, ale skoro jej aktualny stan był niepewny, więc wszystko inne może być nienormalne — ...czule, na ile Malfoy może sobie pozwolić. Nie miał znaczenia fakt, że był to pocałunek w policzek. Po prostu była zadowolona. Jak nigdy wcześniej.
  I szczęśliwa, że miała kogoś obok... i nie była sama.


Zdarzały się chwile, kiedy wpadał dosłownie na sekundę, żeby pocałować ją w policzek i szybkimi krokami zmierzał z powrotem w stronę wyjścia. Niekiedy zostawał na kilkanaście minut, opowiadał o minionych lekcjach i o treningach quidditcha z taką pasją, że sama chętnie — wyjątkowo — wsiadłaby na miotłę i poleciała w nieznane. Były i takie dni, gdzie siedział po kilka godzin przy jej łóżku, trzymał ją za rękę i czytał książkę — najczęściej Historię Magii, jakby doskonale wiedział, że to jej ulubiona lektura.
  Przyzwyczaiła się? Być może. Nie wyobrażała sobie dnia bez jego odwiedzin, bez jego docinek, które nie były obraźliwe, a zabawne; odkryła, że za każdym razem, kiedy musiał już gdzieś pójść, uchodziło z niej życie — jakby mogła wegetować tylko z jego pomocą.
  Czy coś do niego czuła? Ona, Hermiona Granger? Do osoby, którą nienawidziła przez ostatnie siedem lat? Która przychodziła do niej dzień w dzień, znosiła jej milczenie i fakt, że się nie rusza? Czy mogła czuć coś do osoby, która jako jedyna przy niej trwała? Która dała jej nadzieję?
  Oczywiście, że tak.


  Dni i miesiące mijały, a odwiedziny Dracona — jakoś zdołała przyzwyczaić się do jego imienia — stały się rutyną. Nie taką zwykłą, nudną i monotonną, a ciekawą, zaskakującą i pełną niespodzianek.
     Coraz bardziej przywiązywała się do niego i nie wiedziała, co by zrobiła bez jego odwiedzin. Czuła, jak wszystko wokół niej się zmienia, jak nic nie jest takie samo. Ona sama się zmieniła i była tego w stu procentach pewna. Z początku niepewność przy jego pierwszych spotkaniach została zastąpiona tęsknotą i wyczekiwaniem na jego osobę.
  Usłyszała charakterystyczny dźwięk otwierania drzwi i po chwili po raz kolejny poczuła ciepło rozchodzące się po ciele.

  Witaj, Granger. Wiesz, który dzisiaj jest? Drugi maja. Minął rok. Dokładny rok. Ja… postanowiłem ci wyjaśnić niektóre rzeczy. Mimo że mnie nie słyszysz, to jednak nie chcę żyć ze świadomością, że nic ci na ten temat nie powiedziałem. Twoi przyjaciele… — urwał.

  I zaczynała powoli rozumieć.

  ...Potter i Weasley, kiedy dowiedzieli się, że zapadłaś w śpiączkę, postanowili, że nie będą cię odwiedzać, bo to ich za bardzo zniszczy. Wiesz, stan ich “przyjaciółki”, która leży nieruchomo, nic nie mówi, ani się nie poruszy…

  Czyli przez cały czas byli gdzieś obok, niedaleko. I nigdy... nigdy jej nie odwiedzili, chociaż na sekundę...?

  Jeśli chcesz znać moje zdanie, Granger, to oni są za słabi. Za słabi na ciebie i na ten świat. Ty zawsze ich wspierałaś. W każdym momencie, w każdym problemie, zawsze. A oni odwrócili się od ciebie, bo nie jesteś w stanie im odpowiedzieć. Pewnie są źli, że nie ma kto im w zadaniach pomagać. To był żart, Granger, to był żart…
  Niemniej jednak starałem się im wbić do głowy, że są żałośni, bo podczas gdy oni sobie siedzą i odpoczywają, ich przyjaciółka leży sama na szpitalnym łóżku. Nie wspomniałem oczywiście o tym, że to ja cię odwiedzam, ponieważ wydawało mi się to nieistotne, Granger, no, przynajmniej dla nich. Wiesz, niektóre sprawy i fakty lepiej zataić, tak jest po prostu łatwiej.
Wiem, Granger, że może być dla ciebie niejasny fakt, dlaczego… dlaczego tutaj przychodzę od początku roku. Ciężko mi to wyjaśnić. Kiedy dowiedziałem się o twoim stanie, a planowałem cały ten rok z tobą w roli głównej, po prostu… byłem zły. Głównie na samego siebie, bo nie byłem w stanie nic poradzić. Jestem idiotą, Granger, przyznaję to bez bicia, a coś o tym wiem, jeśli... rozumiesz co mam na myśli. Nie masz jak rozumieć, ale w taki sposób łatwiej mi mówić. Wiesz… jakbyś mnie słyszała. Jakbyś była w stanie mi odpowiedzieć. Chociaż w myślach. Z taką świadomością łatwiej mi tutaj przychodzić, mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe... Granger.
Dzisiaj jest wyjątkowa data. Nie wyjątkowa w niezwykły sposób czy dobry dla kogokolwiek. Wyjątkowa... Snape powiedział mi, że to koniec. Że nie ma już szans, abyś się obudziła. Chciałem powiedzieć ci to przez te wszystkie lata i miałem nadzieję, że będę miał szansę powiedzieć ci to na tym ostatnim, siódmym roku, ale skoro tak się nie da, Granger, powiem ci teraz. Przepraszam, że wszystko popsułem. Że byłem taki przez cały czas. Ta maska obojętności i ciągłe dogryzanie tobie, tylko po to, żeby zrobić ci na złość. Ale musiałem, Granger, musiałem. Ja po prostu nie miałem wyboru. Wybacz mi.
Ale wiesz co? Teraz nie dbam już o nic i mam to gdzieś. To wszystko i to, co pomyślą inni. Bo dzisiaj jest właśnie ten dzień, kiedy powinienem wyznać ci całą prawdę.
Jesteś całym moim życiem, Granger. To głupie, że mówię ci to dopiero dzisiaj, dopiero teraz, wtedy, kiedy nic nie słyszysz, ale to prawda. Chciałbym móc puścić w niepamięć uczucie do ciebie, ale nie poznaliśmy się po to, by o sobie zapomnieć.

Poczuła, jak Malfoy... Draco... składa na jej ustach pocałunek, jakby próbował jej przekazać, co właśnie czuje.
Jakby próbował przelać wszystkie emocje, jakie odczuwa właśnie w tej chwili, tuż w nią. I po części mu się to udawało. Miała ochotę go objąć, przytulić mocno do siebie i powiedzieć, żeby jej nigdy nie opuszczał; że ona go słyszy i wybacza mu wszystko; że jej zależy.
Ale nie była w stanie i dobrze wiedziała, że zbliżało się to, co nieuchronne.
Ciepło ustało, a jedyne, co czuła, to jego rozgrzany oddech, po czym coś spadło na jej twarz. Najpierw jedna kropla, potem druga i kolejna. Pomyślałaby, że to deszcz, gdyby nie fakt, że znajdowała się w pomieszczeniu. Po chwili zrozumiała.
Łzy
     On — Draco Malfoy — wcześniej jej wróg, a teraz człowiek, który był jej całym, małym życiem, płakał.
Uważała, że to przejaw jego odwagi i tego, że nie wstydzi się swoich łez. Nawet mimo tego, że nie wiedział, że ona go słyszy i czuje. To było... piękne.
Dwie rozgrzane dłonie dotknęły jej policzków i otarły lekko łzy. Ostatnie słowa, jakie usłyszała, zanim od niej odszedł, brzmiały:

  Ja... kocham cię, Granger. Śpij... skarbie.

I zrozumiała.
Mogła w końcu odejść.
Była wolna.
Zasnęła.
Już na zawsze.


Na marmurowym nagrobku wykutym na cmentarzu w Dolinie Godryka, widniał napis:

Ku pamięci Hermiony Granger,
poległej 2 maja 1998 roku w Bitwie o Hogwart.


Mówią, że czas leczy rany.
Dla mnie czas zatrzymał się, odkąd nie ma Cię przy mnie.



_________________________________________________________________

Ahoj, kochani!:)
Jak większość z Was mogła zauważyć, jest to nieco zmodyfikowana wersja miniaturki, którą mieliście okazję przeczytać już wcześniej, a którą ja przy czystkach niechcący usunęłam... Przeczytałam ją jeszcze raz, zmieniłam i dodałam to i owo, mam nadzieję, że teraz zdecydowanie lepiej się czyta. Zostanie jeszcze zbetowana, więc jest to poprawka pierwotnej wersji, ale nie pierwsza i nie ostatnia. Oczywiście cieszyłabym się, gdyby większość z Was czytała miniaturkę przy podkładzie muzycznym - wiem, że są ludzie, którym przeszkadza muzyka, ale wystarczy nieco ściszyć i powinno być w porządku. Jestem strasznie podekscytowana tym, że jest to pierwszy post od wszystkich zmian (taki nieinformujący). Miniaturka "Żona śmierciożercy" zostanie również wstawiona, kiedy tylko ją poprawię. Do końca tego roku nowe opowiadanie na sto procent wystartuje, martwię się tylko tym, że w dokumencie na komputerze miałam spisany cały plan wydarzeń, opisanych bohaterów, pomysły i kilka stron pierwszego rozdziału; wczoraj i dzisiaj wszystko przeszukałam i nie mogłam tego nigdzie znaleźć. Pozostanie mi napisanie wszystkiego od nowa = bardzo zła ja. Trzeba będzie znaleźć dużo wolnego czasu i damy radę! Wszelkie komentarze mile widziane, bo te stare zostały w moim sercu:) Buziaki i do przeczytania jak najszybciej!
PS Przepraszam za akapity, popsuły się.

Obserwatorzy

***

Layout by Yassmine