25.12.2014

[M] O jeden cal


Z okazji Świąt Bożego Narodzenia życzę Wam wszystkiego, co najlepsze! Z tego powodu mam również dla Was miniaturkę, która została napisana na potrzeby akcji świątecznej na grupie Dramione. Nowe opowiadanie wystartuje jakoś na początku roku, ponieważ w tym miesiącu się (raczej) nie wyrobię. 
Wersja PDF miniaturki dostępna tutaj: KLIK




Każdemu polecam słuchać przy swoich ulubionych piosenkach (najlepiej smutnych)



— Wszystko w porządku?!
— Jasne! — krzyczę.
Niebieski promień mija mnie o cal. Odwracam się w stronę, z którego zaledwie sekundę temu leciał.
Uśmiecham się, widząc postać śmierciożercy i twarz skrytą za srebrno-czarną maską.
Który to już z kolei?
Drętwota! — Przez ułamek sekundy, w którym mój przeciwnik musi się obronić przed zaklęciem, rozglądam się dookoła. Pole bitwy przypomina istny huragan. Na błoniach na razie nie widzę żadnego ciała członka Zakonu Feniksa ani ucznia Ravenclawu, Gryffindoru czy nawet Hufflepuffu. Wszyscy, którzy zgłosili się jako chętni, wciąż żyją.
Jestem cała mokra. Rzucam niewerbalne zaklęcie, w myślach wypowiadając „Sectumsempra” i widzę, jak mój przeciwnik robi szybki krok w bok, by usunąć się z drogi promienia, a następnie kontratakuje.
Petrificus Totalus! — mówię, kiedy tylko unikam klątwy. Jestem na zgiętych nogach, prawą stopę mając o jakieś trzydzieści cali z przodu, by na lewą położony był mniejszy nacisk.
„Była to pozycja czterdziesta szósta, podczas której miało się na celu rzucenie zaklęcia, posiadanie łatwego sposobu uniku oraz zaskoczenie przeciwnika, mogąc w tym samym czasie, kiedy on atakuje, samemu rzucić zaczarowanymi nożami”, mam ochotę wyrecytować, przypominając sobie lekcje, kiedy profesor Snape szkolił nas przez długie godziny, nigdy nie szczędząc inwektyw.
Nigdy nikt ze śmierciożerców się tego nie spodziewa. Noże mkną z zawrotną szybkością po tym, jak daję radę uniknąć wycelowanego we mnie zaklęcia i widzę, jak przeciwnik zamierza rzucić kolejne. Niewerbalnie wyczarowuję tarczę i z chwilą, jak noże zatapiają się gładko w jego ciele, zamykam oczy.
Łatwo jest poznać doświadczonych śmierciożerców, jak i tych, którzy nie są zbyt dobrze wyszkoleni. Mój przeciwnik, aktualnie leżący na ziemi, należy do drugiej grupy.
Noże są nasączone trucizną, którą wynalazł Snape — zmieszanie esencji zaklęcia petryfikującego ze zwiększeniem produkcji czerwonych krwinek okazało się genialnym pomysłem. Harry i Ron mogą mówić, co tylko chcą, ale umysł profesora jest po prostu wybitny.
Każdy przeciwnik potraktowany tym nożem ma przymknięte powieki, a z rany wypływa mnóstwo krwi. Puls jest osłabiony na tyle, że naprawdę ciężko wykryć, czy czarodziej jest żywy. W dodatku w ogóle się nie rusza. Żywe ciało zamknięte w martwym — coś, czego nam było trzeba.
Cieszę się z takiego obrotu spraw. Dlaczego my mamy kogokolwiek osądzać? Zrobi to ministerstwo.


Zarówno Snape, jak i Moody powtarzali: zawsze trzeba być przygotowanym, niezależnie od tego, z kim mamy do czynienia.
Śmierciożercy wychodzą z założenia — ci, którzy nie mają świadomości, że jestem Hermioną Granger, przyjaciółką Harry'ego Pottera i tą czarownicą, która zna o wiele więcej jakichkolwiek zaklęć, niż oni kiedykolwiek poznają — że taka mała, niepozorna osoba, jaką jestem, na pewno sobie nie poradzi, dlatego nawet nie trudzą się, by walczyć ze mną na śmierć i życie.
Ich strata.
Chociaż Dumbledore powtarzał, że mamy się starać używać samych zaklęć blokujących, obronnych i petryfikować naszych przeciwników, to i tak zwieńczeniem jego mowy były słowa: „...ale pamiętajcie o tym, że to wy jesteście dobrzy i to wy macie przeżyć, by ocalić jak najwięcej istnień”. Niektórzy wiedzieli o tym od samego początku — że trzeba będzie umieć zabić, jednak znaczna część z nas po prostu była pewna, że nawet nie będzie w stanie uśmiercić kogokolwiek bez wyraźnego powodu.
Nikt nie chce mieć krwi na rękach i zmagać się z koszmarami.


Podbiegam do leżącej Luny z chwilą, w której zauważam, jak Greyback obiera sobie ją jako kolejne trofeum.
Chwytam ją za rękę i ciągnę tak, że wpada mi prosto w ramiona, po czym obracam się o dziewięćdziesiąt stopni i dobywam różdżki.
Czekam na ruch wilkołaka, jednak on stoi, przypatruje mi się, po czym uśmiecha się lubieżnie, ukazując swoje pożółkłe kły.
Ciarki nieprzyjemnie drażnią moją skórę.
— Czyż to nie sławna Granger? — mruczy ochrypłym głosem, a ja przełykam ślinę. Okryty jest czarną szatą, a jego twarz, pełna blizn i włosów, wygląda naprawdę przerażająco. Najgorszy jest chyba jednak zapach — mieszanina krwi, brudu i potu nie należy do mojej ulubionej kompozycji.
Nie jest to osoba, z którą chcę akurat się mierzyć — zdecydowanie wolę śmierciożerców, którzy walkę opierają na magii. Fakt, że w znacznej większości czarnej, ale jednak nie ma wtedy nic, co mogłoby mnie zupełnie zaskoczyć; zawsze mogę rzucić tarczę, schylić się, lub, czego naprawdę nie lubię, oberwać, ale wtedy dobrze przygotowani magomedycy szybko mkną i naprawiają szkody.
Jednak Greyback jest... nieprzewidywalny. Nie atakuje zaklęciami, za to rzuca toporem bądź stosuje walkę wręcz, w której jestem niezbyt dobra. To znaczy... Snape nas przygotował dosyć dobrze, ale samoobrona i mugolski sposób walki jest ostatnim, na co mam ochotę podczas krwawej bitwy.
Przy uchu słyszę głos bliźniaków:
— Hermiono, przybyliśmy…
— … na ratunek, bo…
— …przy Hogwarcie leży…
— ...Ginny, zajmij się nią…
— ...byle szybko, prosimy.
Nie czekam na nic więcej, tylko wiedząc, że bliźniacy jeszcze przez chwilę chronią moje tyły, biegnę w stronę Hogwartu jakieś sto metrów. Luna na pewno gdzieś się schroniła.


Od strony dziedzińca na mokrej ziemi leży Ginny. Rude włosy porozrzucane są wokół jej twarzy, ale mój wzrok przykuwa coś innego — jej klatka piersiowa, która nie podnosi się ani nie opada.
Podbiegam szybko i zaciskam zęby, kiedy widzę, jak jakiś magomedyk klęczący nad jej ciałem nie potrafi sobie poradzić. Wzdycha z ulgą, kiedy również klękam obok, po czym omiatam dziewczynę wzrokiem.
— Walczyła razem z Padmą Patil przeciwko jakiemuś śmierciożercy. Rzucił czarno-magiczną klątwę, która rozszczepiła się w trakcie lotu i trafiła głównie w Ginny. Padmę zaledwie drasnęło, a magomedycy z trudem sobie poradzili z przywróceniem jej funkcji życiowych. Ginny ma silniejszy organizm, ale za to jest w o wiele gorszym stanie — mówi, jak zauważam, Ernie Macmillan, na jednym wdechu, a jego spojrzenie jest niespokojne. Ja również zaczynam się bać.
Sytuacja jest o tyle dobra, że wokół nas nie ma żadnych śmierciożerców — wszyscy walczą od przodu zamku, naokoło leżą jakieś ciała i mnóstwo, naprawdę mnóstwo gruzów. Przez jedną taką górę utworzoną z kamieni jesteśmy zasłonięci, co daje nam chwilowy spokój. Patrzę na Erniego z wyczekiwaniem.
— Jakie zaklęcia już zastosowałeś? — pytam, w tym samym czasie uciskając jej klatkę piersiową. Jest to co prawda mugolski sposób ratowania życia, jednak najczęściej decyduje o tym, czy ofiara wypadku przeżyje.
Nie chcę ofiary z mojej Ginny. Nie chcę ofiary z nikogo.
— Zablokowałem krwawienie wewnętrzne, sprawdziłem, czy nie ma niczego połamanego i czy jakiś organ przestał prawidłowo działać — wymienia szybko. Przygryzam wargę, kiedy słyszę, że wszystko jest w porządku i nic, absolutnie nic, nie jest uszkodzone. — Wygląda, jakby zapadła w śpiączkę i nie mogła się wybudzić. Spójrz na jej powieki. — Robię tak, jak każe, kiedy tylko kończę sztuczne oddychanie. Z zaskoczeniem zauważam, że oczy — jako jedyne — poruszają się pod powiekami.
Spocona dłoń styka się z twardym kawałkiem drewna, a ja modlę się w myślach, żeby zadziałało.
— Odsuń się o kilka stóp — mówię do chłopaka, a on posłusznie spełnia polecenie, chociaż widzę, że jest zaskoczony. — Proszę, módl się do Merlina, żeby zadziałało — szepczę, a końcówka mojej różdżki styka się z miejscem, gdzie położone jest serce.
Carnales... current... — Z drewnianego artefaktu wydobywają się niemal niezauważalne fale prądu, które przenikają do jej piersi.
Mam wrażenie, że czas się zatrzymuje, a cała ta walka, która jest toczona za moimi plecami, nie ma znaczenia.
Tylko Ginny, moja kochana, słodka Ginny.
Odgarniam włosy, które przylepiły się do spoconej twarzy i zerkam na Erniego, patrzącego na całą sytuację w skupieniu. Widzę jego rozszerzone oczy i sama w końcu spoglądam na Ginny.
Jej pierś się unosi.
Mam ochotę krzyczeć; mam ochotę wziąć ją w ramiona, skoro dobrze wiem, że nic w środku nie jest uszkodzone; mam ochotę radować się — o zgrozo — że kiedyś zerknęłam do ciekawie wyglądającego podręcznika Snape'a, kiedy on wyszedł, a ja skończyłam odrabiać swój szlaban — za szlajanie się po korytarzu, chociaż akurat wracałam od profesor McGonagall.
Dziękuję.
— Proszę, zanieś ją do skrzydła — wołam, szybko wstając i otrzepując szatę. Ernie kiwa głową, podbiega, bierze ją na ręce, po czym chwilę później znika mi z widoku.
Kiedy wiem, że już na pewno jej nic nie grozi, z powrotem wkraczam do walki. Omiatam spojrzeniem całą sytuację.
Mój wzrok zatrzymuje się po prawej stronie, kiedy widzę Harry'ego biegnącego w stronę Zakazanego Lasu. Zaciskam zęby.


— Harry, stój! — krzyczę. — HARRY! — Ale on się nawet nie zatrzymuje, tylko chwilę później uchyla się, kiedy zaklęcie mija go ze świstem. Biegnę za nim, chociaż jestem zmęczona walką i nie mam tyle siły, co na początku. Boję się, że go nie dogonię.
— Harry, zatrzymaj się, proszę! — wołam jeszcze, ale ze złością zauważam, że Harry nawet mnie nie słucha. Po prostu biegnie przez siebie, nieuchronnie zbliżając się w stronę lasu. Muszę dowiedzieć się po co tam biegnie, po prostu muszę.
I może być potem na mnie zły, może mi to wypominać przez kolejne tygodnie, jednak wiem, że w tej chwili zatrzymanie go to moja powinność.
Carpe Retractum! — Świetlny sznur oplata jego ciało, po czym przyciąga je do mnie. Z bliska mogę zobaczyć jego zmarszczone brwi, niezrozumienie, a zaraz potem całkowite zdezorientowanie, jak i złość. Uśmiecham się przepraszająco, żeby załagodzić sytuację.
Zaraz jednak przypominam sobie pewną istotną kwestię, i coś we mnie wrze.
— Miałeś zostać w zamku! — Podnoszę swój głos pełen wyrzutu i chwytam Harry'ego za ramię. — Twoje pojawienie się tutaj jest całkowicie nieodpowiedzialne! Co by było, gdyby któryś ze śmierciożerców cię złapał?! Wszyscy tutaj walczą dla ciebie, Harry! — uświadamiam mu, jednak zaraz zamykam się, napotykając jego wzrok.
— Wiem. Dlatego muszę to przerwać. — Kręcę głową, nic nie rozumiejąc. — Voldemort powiedział, że przerwie wszystko, jeśli dobrowolnie mu się poddam.
Sama w tym momencie mam ochotę zabić mojego przyjaciela. Uderzam się otwartą dłonią w czoło, ciągnąc go za pobliskie drzewo. Znajdujemy się jakieś trzydzieści metrów przed lasem.
— Oszalałeś — komentuję. — Chyba nie sądzisz, że cię teraz wypuszczę? Zostajesz ze mną. — Zaciskam dłoń na różdżce. Już zaczynam rozumieć, że podział na to, co jest odpowiednie a co nie, nie ma w ogóle znaczenia. To na mnie spoczywa odpowiedzialność ochrony Harry'ego i nie pozwolę, żeby nadzieja magicznego świata umarła albo oddała się dobrowolnie w ręce wroga na pewną śmierć.
— Wybacz mi, Hermiono. Nie pozwolę, żeby jeszcze ktokolwiek naraził dla mnie swoje życie — odpowiada, a ja zbyt wolno orientuję się w jego słowach i ich głębszym znaczeniu. Zawodzę. — Impedimento — szepcze, po czym ucieka, a ja nie daję rady złapać go chociażby za skraj szaty. Moje ruchy stają się zbyt wolne, myśli jako jedyne biegną swoim tempem; dłoń trzymająca różdżkę niezdolna jest do współpracowania, nawet zaklęcie niewerbalne okazuje się w tej chwili bezużyteczne.
Z chwilą, kiedy mój wzrok rejestruje jego wbiegnięcie do Zakazanego Lasu — do miejsca, gdzie czeka na niego zgraja śmierciożerców i ich przywódca, szanowny Lord Voldemort — odzyskuję całkowitą władzę w ciele.
Cholera, myślę, po czym ruszam za nim w pościg. Wiem, że jest już za późno, bym się z nim zrównała, ale może dam radę się gdzieś przyczaić... Sama nie wiem, co jest słuszne w tym momencie, ale jedyne, co się tak naprawdę liczy, to ochrona Harry'ego. Chrzanić wszystko inne.


Nieprzyjemna atmosfera, coraz bardziej ciążąca pustka i wszechobecne poczucie strachu sprawiają, że na mojej skórze pojawiają się ciarki. Wolałabym znaleźć się jak najdalej od tego miejsca, jednak wiem, że muszę to zrobić. Dla Harry'ego i dla wszystkich innych.
Po minutach szybkiego i naprawdę wyczerpującego biegu zwalniam, słysząc stłumione głosy. Oddycham głęboko, starając się wyciszyć swój organizm, i rozglądam się dookoła. Nikogo nie widzę, chociaż to niezbyt dziwne zważywszy na naprawdę ograniczoną widoczność — korony drzew skutecznie zasłaniają tarczę księżyca.
Uświadamiam sobie, jak dużo czasu już minęło od momentu, kiedy biegałam, rzucając zaklęciami — jeszcze wtedy niebo było jasne.
Zamykam oczy, starając się wyczuć obecność magii. Wydycham powietrze z ust, wiedząc, w którą stronę iść.
Jeżeli nikt nie spodziewa się mojej obecności, powinnam pozostać niezauważona, jednak nieznośne łamanie gałęzi, których staram się unikać, definitywnie tę próbę uniemożliwiają.
Muszę ograniczyć używanie magii w tym momencie — nie jest to tylko machanie kawałkiem drewna; w zależności od siły i mocy danego czarodzieja, taki ma on pokład energii w sobie. Jeżeli zacznę się bawić w zaklęcie kameleona, które działa w ten sposób jak mugolska bateria — zużywa energię nie raz, a cały czas, stopniowo, aż w końcu osiągnie ona zero procent — a następnie w czary wyciszające, wykrywające, ochronne... mogę uznać swoją osobę za przyszłego nieboszczyka.
Stąpam po ziemi najciszej jak się da, po czym chowam się za pniem drzewa o dużej średnicy w momencie, kiedy uświadamiam sobie, że zaledwie kilkanaście stóp ode mnie stoi mój cel.
Wybrałam się na misję samobójczą.


Harry Potter — słyszę głos Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać i zaciskam zęby. Mam wrażenie, że jego ton jest obezwładniający, odbierający całkowitą nadzieję, a to tylko za sprawą jednego narządu — mowy. Nie chcę się wychylać i sprawdzać, czy jego twarz wygląda jeszcze gorzej — co innego słyszeć mnóstwo opowieści od Harry'ego, a co innego stawać niemal twarzą w twarz z najgorszym czarnoksiężnikiem od zarania dziejów.
Pocieram moje spocone dłonie o rękawy szat — na nic mi różdżka, kiedy sama z siebie wyślizgnie się z dłoni, stwierdzam, co rzeczywiście mogłoby mieć miejsce.
— Mówiłam ci, panie, że to genialny pomysł! — woła rozentuzjazmowana Bellatriks Lestrange. Krzywię się. Jej głos poznałabym wszędzie, będąc kilka miesięcy temu przyskrzyniona przez jej ciało, cierpiąc ogromne katusze w Malfoy Manor i mając pamiątkę na całe życie. Pocieram bliznę z wyrytym napisem szlama, która zaczęła nagle nieznośnie piec. Wolna dłoń zaciska się w pięść, a ja, chociaż jestem z natury osobą, która woli wszystko kilka razy przemyśleć, nie łamać reguł, trzymać się zasad, ale i podążać za przyjaciółmi — co najczęściej wyklucza wszystko inne — to nie potrafię zapanować nad chęcią zemsty, która ogarniała mnie już wcześniej, i ogarnia również teraz.
Zapłaci. Zapłaci za cenę swoich szkód.
Milcz! — krzyczy Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, a ja wyobrażam sobie Bellatriks kulącą się ze strachu i kiwającą posłusznie głową w geście skruchy.
Jednak gdzieś tam jest Harry. Mój kochany, niezastąpiony Harry, sam, skazany na śmierć. Chcę go uratować, ale na razie stoję obrócona tyłem, podpierając się o pień drzewa.
Muszę uzbroić się w cierpliwość, muszę być gotowa na wszystko... muszę dać z siebie sto procent. Harry na to zasługuje.
Nigdy więcej żadnych ofiar. Nigdy więcej żadnego cierpienia.
Zastanawiam się, czy ktokolwiek teraz na polu bitwy zastanawia się, co robi Harry. Czy ci, którzy go znają, poddają w wątpliwość fakt, że on siedzi usłużnie i czeka na swoją kolej. Trzeba było go przywiązać do czegokolwiek, spetryfikować... Ech.
Kręcę głową. Nie ma już nic, co moglibyśmy zrobić. Stało się i dzieje w tym właśnie momencie, a ja dopilnuję…
Przerywam rozmyślania, słysząc obłąkańczy śmiech i rozdzierający krzyk.
Obracam głowę, starając się zobaczyć cokolwiek. Jedną dłonią dotykam pnia, by zmienić pozycję, po czym widzę scenę rozgrywającą się nie tak daleko. Czuję, jak serce nagle się zatrzymuje.
Harry leży na ziemi, a z jego gardła rozlega się głośny, ochrypły krzyk, który chwilę temu miałam okazję usłyszeć. Na usta ciśnie mi się wiązanka inwektyw, mam ochotę po prostu wbiec i zabrać stamtąd mojego Harry'ego. Nie wiem, po prostu nie wiem co mam robić…
Czerwony promień w końcu zostaje zerwany, a ja wzdycham z ulgą razem z moim Harrym.
Pociągam nosem — teraz zdaję sobie sprawę, jaka ze mnie okropna przyjaciółka. On mnie nigdy nie opuścił; gdyby widział mnie w takiej sytuacji, już dawno zacząłby działać. Taka ze mnie chora egoistka, taka obrończyni wiary w wyższe dobro, uświadamiam sobie, kiedy wiem, co jest w tym momencie właściwe, słuszne, a co jak najbardziej zrozumiałe, ale też głupie, ryzykowne...
Wybrałam to, co zrobiłby ktoś, kto miał zaledwie styczność z Harrym Potterem; nie to, co zrobiłby jego najlepszy przyjaciel. Nawet Ron, ten temperamentny, wybuchowy i gwałtowny Ron, ale też genialny strateg, niezastąpiona osoba z rudą czupryną... ratowałby Harry'ego, nie dbając o swoje życie.
Gdzie się podziałaś, Hermiono?
— Cierp, Harry Potterze, tak jak mój pan cierpiał przez ten cały czas, kiedy byłeś nieuchwytny! — krzyczy Bellatriks do wtóru z własnym szalonym śmiechem, a ja wiem, że już nie wytrzymam. Nie wytrzymam więcej w ukryciu wiedząc, że Harry otrzymuje drugą porcję Cruciatrusa. Przecież sama dobrze wiem, jaki to ból.


Wychodzę zza drzewa, pełna gotowości i w miarę przygotowana na to, co mnie czeka, kiedy jakaś ręka chwyta mnie za ramię, a nieznana dłoń przykrywa moje usta. Wierzgam się, próbuję krzyczeć, jednak przeciwnik jest na to przygotowany. Ciągnie mnie w jakimś kierunku, trzymając moje ciało na tyle mocno, że niezdolna jestem, by uczynić jakikolwiek chciany — w moim rozumieniu — ruch. W końcu zostaję rzucona o ziemię, jednak nie na tyle brutalnie, by to wyjątkowo bolało.
Uświadamiam sobie, że mogę już krzyczeć, ale w końcu głos zabiera rozsądek. Od kiedy ktoś, kto chce zabić, ciągnie ofiarę gdzieś na bok, w dodatku szlamę i przyjaciółkę Pottera, którą niewątpliwie grono śmierciożerców również by się pobawiło?
Nawet Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać był niemal na wyciągnięcie ręki, a ja zostałam odciągnięta od całej tej zgrai na bezpieczną odległość.
Przełykam ślinę, jak mi się wydaje — na tyle głośno, że oprawca na pewno to słyszy. Zaczynam się naprawdę bać, ale w dłoni wyczuwam tak dobrze mi znaną strukturę kawałka drewna — mojej niezastąpionej różdżki — więc obawa maleje, choć wciąż nie do minimum.
— Granger. — O cholera.
***


— Co ty tu robisz? — pytam.
Draco Malfoy stoi przede mną, a księżyc, niemal przedzierający się przez nieco rozrzedzone już konary, ukazuje jego oblicze — rozwichrzone blond włosy, czarną szatę, zdartą skórę na bladej twarzy i zaciśnięte usta.
Słyszę jego oddech, i nawet z tej odległości, która nas dzieli, głośne bicie jego serca.
— Przyszedłem dopilnować, byś nie zrobiła niczego głupiego, Granger.
Jego głos jest spokojny, chociaż nadal wyczuwam sporo rezerwy i to, wciąż niezanikające, wahanie. Nie cierpię tego.
— Jeżeli głupotą nazywasz ratowanie przyjaciela, to w takim razie pozostaje mi jedynie pozazdrościć inteligencji — odpowiadam, spoglądając na niego wrogo.
Jak on śmie? Wparowywać nieproszony — jakby nie patrzeć — będąc synem jednego z czołowych śmierciożerców, i na dodatek dyktować warunki... Szczyt chamstwa.
— Nie jestem tutaj po to, żeby tłumaczyć ci twoje debilne zachowanie, ale jeszcze jedna taka głupia uwaga skierowana w moją stronę, a będziesz całować ziemię przed szatami śmierciożerców. — A twierdzili, że głosy nie mogą mieć temperatury.
Ciarki przebiegają mi po plecach od tego tonu, a ja mimowolnie się wzdrygam. Każda sylaba trafia prosto we mnie, niczym naboje wymierzone z dokładną precyzją. Osobliwa barwa głosu sprawia, że muszę dwa razy się upewniać, czy to na pewno ten Malfoy.
Draco Malfoy.
— Twój ojciec ma jakieś chore zapędy, o których dopiero niedawno się dowiedziałeś? — pytam.
Wiem — sama przed sobą muszę się do tego przyznać — powinnam trzymać język za zębami.
Ale, och, moment — nie.
Od kiedy Malfoy będzie mi mówił, co ja mam robić, i od kiedy ja się będę do tych zasad stosować? Cały czas mam na nazwisko Granger, a to do czegoś zobowiązuje.
Mój uparty i odważny lew, drzemiący głęboko w środku, właśnie ucieka w popłochu do lasu. Odprowadzam go wzrokiem z cierpiętniczą miną, zastanawiając się, dlaczego zostawia mnie na pastwę nieobliczalnego osobnika samą.
Krew zatrzymuje się, przerywając swoją życiową rolę, po czym przemienia w stan stały od spojrzenia, jakim obdarowuje mnie Malfoy — niechybnie, a mnie samej robi się przeraźliwie zimno.
Od kiedy lwy zadzierają z wężami?
— Granger. — Zimny, wręcz lodowaty ton, rozbrzmiewa tuż obok mojego ucha z chwilą, kiedy zdaję sobie sprawę, że odległość między nami znacznie się zmniejszyła.
Powinnam zacząć się bać, tak sądzę.
Odchodzi, kuca z cztery stopy przede mną, i kawałkiem drewna, który bierze chwilę wcześniej z podłoża, rysuje jakieś znaki na ziemi, których nie jestem w stanie zauważyć.
Różdżka w jego dłoni wygląda, jakby bardzo domagała się użycia jakiegoś zaklęcia, a i sam zainteresowany najprawdopodobniej nie ma nic przeciwko.


Patrzę, jak sunie leniwie palcami po powierzchni drewna i zdaję sobie sprawę, że nie mogę oderwać od tego widoku oczu.
Wydaje mi się, że Malfoy łapie te spojrzenie, ale nawet nie wygląda na tyle zainteresowanego sprawą, by zacząć kolejną tyradę — którą, rzecz jasna, jawnie zripostuję.
— Mógłbym być setki kilometrów stąd, w tym samym czasie niezmiernie radować się faktem nieoglądania twojej twarzy, ale jestem tutaj, bo dostałem taki rozkaz, więc, cholera, z łaski swojej po prostu zamknij się i skończ nadmierną produkcję śliny — mówi. Niespokojna dłoń wolnej ręki mierzwi jego włosy, a on sam wygląda na wyjątkowo zestresowanego.
Coś jest na rzeczy, myślę, chociaż z drugiej strony niedaleko nas toczy się wojna, ludzie giną, a obok mój przyjaciel cierpi.
Dlaczego, do cholery, jestem taka spokojna?
— Uwierz mi, że pomaganie tobie to ostatnia rzecz, na jaką mam ochotę. Naprawdę, Granger, wolałbym tańczyć z Voldemortem, o ile okazałby się dobrym tancerzem — cedzi. — Nie masz pojęcia, do cholery, ile trudu kosztowało mnie dotarcie tutaj i zmuszenie siebie, by to zrobić. — Przerywa, a ja próbuję zrozumieć, kto go tutaj wysłał. Nie, nie rozumiem.
Kurwa — szepcze na tyle cicho, najpewniej mając nadzieję, że tego nie usłyszę. Nie wydaje mi się, żeby to słowo odnosiło się do mojej osoby, ale... kto wie?
Niezbyt jednak mam czas na zapowietrzanie się i uświadomienie Malfoyowi, że ja również nie cieszę się, że go widzę i naprawdę wolałabym, by był setki czy tysiące kilometrów stąd. Zamiast tego postanawiam w końcu zrobić coś słusznego — nie tracić czasu na kłótnie, na które będziemy mieć multum okazji — o ile przeżyjemy — później, chociaż lew wraca ze swojej kryjówki i ryczy niespokojnie, dając o sobie znać.
Niestety, natura Gryfonki musi poczekać.
— Po co tutaj jesteś, Malfoy? — pytam. Och, dobra, to pytanie jest jednak całkowicie bez sensu. „Skąd przybywasz?” czy „Co tu robisz?” brzmią tak samo idiotycznie.
Jednak Malfoy wyjątkowo nie analizuje każdego mojego słowa, obierając ich sobie za cel żartów i kpin. Po prostu ignoruje to, do czego mógłby się przyczepić.
Stwierdzenie, że sprawa jest poważna, jest najwidoczniej sporym niedopowiedzeniem.
Obrzuca mnie badawczym wzrokiem, dłużej zatrzymując się na mojej dłoni z różdżką. Zastanawiam się, czy myśli o tym, że mam zamiar jej użyć.
Jak na razie jest ona w pogotowiu — nic w zachowaniu Malfoya, od, rzecz jasna, jego samego bycia tutaj, nie wzbudza moich podejrzeń.
— Dumbledore — mówi zdawkowo, a ja mrużę oczy.
— Co: Dumbledore? — Nie rozumiem, o czym on mówi. Przecież... — Zaraz. Ty jesteś naszym…
Jeden kącik jego ust podnosi się do góry, a on przeszywa mnie w tej chwili wzrokiem.
Błękit jego oczu trafia prosto do mnie, do środka, omija ciało, omija powierzchnię, jest głębią.
O kurczę.
— Nawet Snape twierdził, że rozgryziesz to szybciej. Zdecydowanie wszyscy cię przeceniają, Granger. — Zagryzam wargę. Mam ochotę się kłócić, że przecież wcale tak nie jest, że nawet o tym nie myślałam, ale... wszystkie listy czy informacje były podawane w takim języku, że gdybym poświęciła im wystarczająco uwagi, od razu rozgryzłabym ich nadawcę.
Idiotka ze mnie, jestem beznadziejna i... ech.
— Zadanie Pottera jest właśnie takie, jakie jest. I może ci się to wydawać niezrozumiałe, ale nie ma tam miejsca dla ciebie. Idź walczyć, Granger, pomagaj swoim.
Wstaję z ziemi i otrzepuję się z brudu, który mam w największej mierze na kolanach, łokciach i dłoniach. Podnoszę głowę, uparcie wpatrując się w jego twarz, po czym krzyżuję ręce na piersi.
— Po której ty jesteś stronie, Malfoy? — Nie mogę się powstrzymać. Nie potrafię zrozumieć, co on tutaj robi, twierdząc, że został wysłany przez Dumbledore'a. Dlaczego nie pozwolił mi pójść do Harry'ego i mu pomóc, dlaczego mówi, że mam iść pomagać moim. Próbuję to wszystko połączyć jakoś w jedną całość, ale brakuje mi kilku elementów, żeby mieć taką możliwość.
A on... po prostu się patrzy. Jest ciemno, ale nie na tyle, żebym musiała szukać jego sylwetki. Doskonale wiem, gdzie się znajduje, doskonale widzę jego kpiący uśmiech.
I kiedy myślę, że już się nie odezwie, że ta cisza, nieprzenikniona, nieco krępująca, nigdy nie zostanie przerwana, słyszę dwa słowa.
I właśnie z tą chwilą zdaję sobie sprawę, że nasze przedstawienie ma koniec właśnie w tym miejscu. I nawet nie ma już sensu udawać, że się nienawidzimy, skoro oboje znamy prawdę.
— Po twojej.
Cholera.


***


— Mieliśmy już do tego nie wracać — mamroczę.
Nie chcę, nie chcę już tych wspomnień nigdy więcej.
— Granger, spójrz na mnie — słyszę.
Gdzieś ta odwaga się ulatnia.


Rok, minął rok, a ja zdążyłam nauczyć się reagować na jego imię jak na każde inne, starać się — czasami nieudolnie — by serce nie zabiło dwa razy mocniej i dwa razy szybciej. Ignorowałam każdą wzmiankę na jego temat, nauczyłam się po prostu nie pamiętać o tym, że kiedyś jego imię było dla mnie najważniejsze, że uwielbiałam patrzeć w niebieskie oczy i próbować odczytać z nich jakiekolwiek emocje.
Chciałam, tak cholernie chciałam zapomnieć o tym wszystkim.


A teraz on stoi przede mną, bezczelnie się patrzy, przypomina mi wszystkie nasze wspólne chwile, wszystkie nasze momenty, wszystkie minuty słabości i wszystkie zdarzenia, w których braliśmy razem udział.
I coś nieprzyjemnie mnie kłuje w sercu, ściska, boli, a ja mam ochotę się za nie złapać, wziąć, wyrzucić jak najdalej, byleby nie czuć tego przejmującego cierpienia, które ogarnia moje ciało.
Tej pustki, kiedy zdaję sobie sprawę, jak bardzo mi go brakowało i ile mi zajmie, by znów nauczyć się żyć bez niego.
— Proszę, po prostu idź. — Jeszcze kilka minut i nie dam rady nad sobą zapanować tak, jak robię do tej pory.
Jednak wciąż mnie przyciąga, był... jest... moją siłą, ostoją, która nagle zniknęła z horyzontu.
Cholerny Malfoy.
— Granger... Po prostu spójrz na mnie. — Ociągam się; zaciśnięte usta symbolizują mój bunt przeciwko jego osobie. Ale jak długo można się powstrzymywać?
Patrzę.
Nie zauważyłam nawet, kiedy wstał — teraz znajduje się zaledwie stopę, może półtorej ode mnie, a jego wzrok... Robi mi się gorąco.
Kiedyś tak blisko, a teraz tak daleko. I mimo że centymetry nas dzielą, nie ma nic, co nas połączy.
— Odszedłeś ode mnie. Nie mamy chyba nic więcej do wyjaśnienia, Malfoy — szepczę.
Nie, proszę, nie podchodź bliżej.
Zaciska zęby, a dłonie w pięści. Wpatruje się we mnie z wyrzutem, tak nieumiejętnie teraz skrywanym za zwykle chłodnym, niedostępnym obliczem.
— Znasz mnie. — Czy rzeczywiście? — Wiesz, że nigdy bym tego nie zrobił dobrowolnie.
Uśmiecham się smutno. On robi niewielki krok w moją stronę, ale i tak to zauważam. Kręcę głową.
Zatrzymaj się.
Dobrowolnie... w porządku — mówię. — Więc ktoś cię zmusił? I przez cały rok nie dostałam żadnej wiadomości, przez cały rok nie usłyszałam żadnego słowa dlatego, że nie mogłeś, a nie dlatego, że nie chciałeś, tak? — Coś we mnie wrze. Po Ślizgonie spodziewam się lepszej wymówki, naprawdę — hipogryfy porywały jego listy, testrale zjadały sowy, cokolwiek... ale fakt, że został zmuszony do odejścia... idiotyczne.
Przecież nikt o nas nie wiedział.
— Zostawiłeś mnie. Samą. — Nie daję mu dojść do głosu.


Przez niego tyle cierpiałam.
Spotykaliśmy się, rozmawialiśmy czy pisaliśmy niemal co noc. W każdym słowie — szlama czy fretka — było ukryte przesłanie. Stworzyliśmy własny słownik. I te setki niezastąpionych wspomnień okazały się niewystarczające, skoro odszedł bez żadnego słowa pożegnania. Nawet jeśli został zmuszony, to co stało na przeszkodzie, by napisał: „Granger, muszę odejść”, cokolwiek, nawet nie musiałby się tłumaczyć — wystarczyłby krótki, pozornie nic nieznaczący list.


Przez pierwsze dni myślałam, że nic poważnego się nie stało — był to okres wakacyjny, gdzie każdy wracał do domu, a nikt nie mógł się dowiedzieć o nas, więc ograniczyliśmy korespondencję. Dostał ode mnie kilka tygodni wcześniej zaczarowanego galeona, i często go pocierałam — tak się kiedyś komunikowaliśmy, kiedy mieliśmy się spotkać. Przy potarciu galeon robił się ciepły, a więc noszony w kieszeni od szaty zawsze dawał o sobie znać w odpowiedniej chwili. Nie było szansy, by to przeoczyć.
W Hogwarcie zawsze odpowiadał na wiadomość.
I tak, przez całe dwa miesiące, budziłam się i zasypiałam, mając na szyi zawieszony galeon, ale on ani razu nie zmienił swojej temperatury.
Nie dostałam żadnego listu, żadnej notki, żadnego znaku życia od niego przez sześćdziesiąt dwa dni.
I potem, we wrześniu, znów przyjechałam do Hogwartu, ale on... on nie wrócił.


Wtedy dopiero zaczęłam się naprawdę martwić. Poprosiłam Harry'ego i Ginny o pożyczenie ich sów, i słałam setki czy nawet tysiące listów.
Na żaden nigdy nie dostałam odpowiedzi.


I zawsze się śmiałam. Śmiałam się z komentarzy przyjaciół na temat Malfoya, na temat tego, że pewnie nie wrócił do Hogwartu, bo się bał, że ktoś mu wyrwie jego tlenione włosy, śmiałam się z ironii sytuacji, że jestem w stanie w ogóle się śmiać, kiedy tak naprawdę powinnam zakopać się po uszy w poduszkach i zadaniach domowych, tonąc we własnych łzach i rozpaczy.
Ron i Harry — nawet nie mając pojęcia o mojej bliższej znajomości z pewnym Ślizgonem i pewnym złamanym sercu — byli zawsze tuż obok, wspierali i okazali się, jak zwykle zresztą, niezastąpieni. Bez nich pewnie nie przeżyłabym tego trudnego dla mnie okresu.
Ja za to pomagałam im jeszcze bardziej w zadaniach i pisaniu esejów. Wcześniej, kiedy tylko powiedzieli, że mam im pomóc, bo czegoś nie wiedzą, wysyłałam ich do biblioteki albo dawałam odpowiednią książkę. Jednak żeby moje myśli nie skupiały się tylko wokół jednego tematu, niemal tonęłam w nauce.
To też mi pomogło, chociaż noce często były bezsenne. Siadałam na parapecie w oknie i wpatrywałam się w jakiś obrany wcześniej punkt, bo patrzenie w gwiazdy uparcie przypominało mi o nim, o tym, że gdzieś tam jest, żyje i nie daje znaku życia.
Dusiłam płacz poduszką albo rzucałam zaklęcie wyciszające, żeby nie zbudzić lokatorek, kiedy tylko w myślach pojawiał się obraz jego uśmiechu, kiedy był pewny, że nie patrzyłam, albo szczery, czysty śmiech, kiedy się o coś potknęłam i wywróciłam — co przy nim, będąc bardzo rozkojarzoną, często mi się zdarzało.


Czasami miałam wrażenie, że Harry doskonale wiedział o mnie i Malfoyu. Przyłapywałam się na tym, że czasami — najczęściej wieczorem, kiedy siadaliśmy przy kominku i rozmawialiśmy — wpatrywałam się w drzwi od Pokoju Wspólnego.
Często dopiero po kilku minutach budziłam się z tego letargu, i włączając się do rozmowy, natrafiałam na zatroskany wzrok Harry'ego.
Nie, nie byłam głupia — podejrzewałam, że był on na tyle inteligentny, by móc domyśleć się niektórych rzeczy, szczególnie przy pomocy Mapy Huncwotów, ale z drugiej strony nigdy nic sam z siebie nie powiedział na ten temat, a i ja sama również nie zaczynałam tego tematu.
I tak już pozostało.
Później zostały właśnie takie chwile udręki, kiedy zdałam sobie sprawę, że może on już wcale nie chciał się ze mną kontaktować...? Że może z jakiegoś powodu nigdy nie dostałam żadnego listu, że z jakiegoś ważnego impulsu, zupełnie niezwiązanego ze mną, nie wrócił do Hogwartu...?
Tak naprawdę nie wiedziałam w tamtej chwili nic, bezsilność ogarniała mnie całą.
Byłam bezbronną istotą, która domagała się uwagi, która pragnęła obok siebie tylko jednej osoby, jak i przejawiała objawy egoizmu, bo miała najcudowniejszych przyjaciół na świecie, a pozornie nie potrafiła tego docenić.
Ale naprawdę doceniałam. Dziękowałam Merlinowi za każdą chwilę spędzoną razem, za wszystkie wspólne momenty począwszy od pierwszego roku: za uratowanie mnie przed trollem górskim;
za wszystkie wspólne przygody, nawet mimo tego, że podczas ich odbywania złamaliśmy setki szkolnych przepisów. Każdego z nich kochałam jak brata i od jedenastego roku życia zrozumiałam, że nie jestem — i już nigdy nie będę — jedynaczką.


Dracona Malfoya poznałam jeszcze przed Hogwartem, kiedy poszliśmy do jednego ze sklepów i on akurat w nim przebywał razem ze swoim zarozumiałym, chorym, egoistycznym, pełnym uprzedzeń i nieuprzejmym ojcem. Nigdy nie wspominałam tego dobrze, bo tak naprawdę wtedy zrozumiałam, o co chodzi z tym całym podziałem na krew, chociaż nigdy niczym nie zawiniłam — byłam dumna ze swoich rodziców, ze swojego pochodzenia i z tego, ile byłam w stanie osiągnąć dzięki nauce i przyjaciołom.
Później nasze drogi spotkały się ponownie, i po raz kolejny, i jeszcze raz: nauczyliśmy się siebie nienawidzić, nauczyliśmy się prawdziwych inwektyw. On oberwał z pięści, ja nigdy nie zostałam potraktowana z szacunkiem, słysząc na każdym kroku słowo szlama.
I oboje nauczyliśmy się z tym żyć — z nienawiścią, która swoje podłoże miała jedynie w zupełnie innym pochodzeniu.


Podczas piątego roku każdy uczeń miał się stawić w gabinecie swojego opiekuna domu, w sprawie testów — Standardowych Umiejętności Magicznych. Podczas spotkania musiał zaznaczyć, z których przedmiotów dodatkowo będzie chciał zdawać. Ja wybrałam wszystkie, jak i wyraziłam chęć udzielania korepetycji dla uczniów, którzy nie będą mogli sobie poradzić z którąkolwiek z dziedzin.
I tak, co jakiś czas, zostawali mi przydzieleni uczniowie z czterech domów, którzy nie potrafili pojąć niektórych zagadnień. Często gryfońska natura dawała o sobie znać — jak miałam ochotę trzepnąć kogoś przez głowę, w momencie, kiedy przychodził zupełnie nieprzygotowany na dodatkowe zajęcia ze mną, ale chyba mogłam uznać siebie jako w miarę cierpliwą osobę.
Uczniowie przychodzili i odchodzili, oczywiście z nową wiedzą w głowie, a ja byłam niezwykle rad, że tyle osób korzystało z mojej pomocy.


W połowie marca, jak zwykle około siedemnastej, czekałam na nową osobę, której miałam udzielać korepetycji z transmutacji i run — dodatkowego przedmiotu, z którego można było, ale też nie było to obowiązkiem, zdawać SUMy.
Przygotowałam odpowiednie materiały, jednak nie spodziewałam się osoby, która wtedy stanęła w drzwiach.


Tak zaczęła się nasza właściwa droga, którą dumnie i powoli kroczyliśmy, tak naprawdę zbliżając się do własnego końca.


Nasze lekcje przypominały domową wojnę — nie potrafiliśmy dojść do ładu, cały czas się kłóciliśmy jak dzieci, chociaż mieliśmy już te szesnaście lat i przecież mogliśmy wykazać chociaż odrobinę zdrowego rozsądku, dojrzałości... Ach, tylko żartowałam.
Snape musiał gdzieś pilnie wyjechać — akurat — i właśnie wtedy nadzór nad naszymi korepetycjami sprawowała profesor McGonagall, która postanowiła co dwa tygodnie sprawdzać nasze postępy — w końcu to ja miałam dopilnować, by Malfoy osiągnął na SUMach dobre wyniki dzięki mojej pomocy.


Wtedy zaczęła się prawdziwa komedia.


Zagryzam wargę, uświadamiając sobie, jak daleko posunęłam się we wspomnieniach. Jeszcze chwila i zaczęłabym sobie przypominać nasze pierwsze prawdziwe chwile, pierwszy taniec bez muzyki, pierwszy pocałunek... Nie, nie chcę tego, muszę przestać w ogóle o tym myśleć.
Kręcę głową i zamykam oczy, próbując odegnać wspomnienia, jednak one są jak bumerang — wciąż powracają, nawet jeśli tak bardzo tego nie chcę.
I zastanawia mnie cisza ze strony Malfoya — dlaczego milczy? Przecież jestem cicho na tyle długo, że zdążyłby poprowadzić do samego końca swój wywód.
Odwaga szepcze: zerknij.
Spoglądam.
Malfoy stoi zaledwie stopę ode mnie. Kiedy tylko napotyka mój wzrok, chwyta mnie za przeguby dłoni i przyciąga ku sobie. Opiera czoło o moje własne tak, że mogę poczuć na twarzy jego oddech, po czym przymyka powieki.
Zauważam walkę emocji na jego twarzy: obawa zmaga się z chłodem, ból z obojętnością, powaga z tęsknotą. Nagle coś we mnie zamiera, kiedy uświadamiam sobie, że to mogły nie być kłamstwa. Wyswobadzam rękę z jego uścisku i dotykam nią bladego policzka.
Rejestruję, jak kącik jego ust podnosi się ku górze, chociaż on sam przeżywa coś wewnątrz, coś, o czym nie wiem, ale co najwidoczniej zadaje mu cierpienie. Przysuwa się jeszcze bliżej mnie.
— Malfoy? — pytam. Czekam na jakąś odpowiedź, na jakiekolwiek wyjaśnienie.
Demony toczą własną walkę.
— Dwudziestego siódmego czerwca, tuż po wyjściu ze stacji King's Cross, wraz z matką i ojcem przenieśliśmy się do ciotki, by spędzić u niej wieczór — wypowiada to z jawnym zniesmaczeniem, rozpoczynając swoją opowieść. Staram się uśmiechnąć, choć mizernie mi to wychodzi, nieumiejętnie zachęcając go do mówienia dalej. — Wyraźnie się ożywiła i zaczęła rozmawiać z moimi rodzicami na temat mojego przyszłego śmierciożerstwa. Wyraziła chęć wprowadzenia mnie we wszystkie tajniki, jak i nauczenia wszystkiego, co powinienem umieć.
Zaczynam układać sobie powoli wszystko w głowie.


Wraz z SUMami, a więc w momencie, kiedy korepetycje okazały się już zbędne, podejrzewałam, że kontakt się urwie, i wcale się nie pomyliłam. Znowu byłam Granger, nikim więcej — a przecież przez te trzy miesiące nauczyliśmy się siebie... tolerować. Jednak ta niechęć nie bolała już tak bardzo — wiedziałam przecież, że nić nienawiści została zerwana.
Kiedy w lipcu przyleciały sowy do Nory wraz z wynikami testów, miałam ochotę pójść do Czarodziejskiej Komisji Edukacji i zapytać, jakim prawem przy Obronie Przed Czarną Magią widnieje Powyżej Oczekiwań. Zepsuło mi to humor do końca dnia, byłam pewna, że zaprzepaściłam swoją szansę na karierę, na osiągnięcie czegoś, że nigdzie z taką oceną nie będą mnie chcieć.
Leżałam na łóżku Ginny, zajadając się czekoladowymi żabami, podczas gdy domownicy byli na dworze, korzystając z uroków ładnej pogody. Właśnie wtedy sowa wleciała przez otwarte okno, mając przywiązany do nogi list. Uśmiechnęłam się, chociaż ona sama nie wyglądała na zadowoloną.
Poczęstowałam ją krakersem i otworzyłam list, ale ona nawet nie czekała na wiadomość zwrotną — po prostu odleciała.
Zdziwiłam się, jednak całą moją uwagę przykuła treść widniejąca na schludnym i wyjątkowo drogim pergaminie.
Z pierwszą linijką wiedziałam, od kogo to, jednak naprawdę byłam zaskoczona — nawet nie myślałam o tym, że mogę usłyszeć jakikolwiek synonim podziękowań. A jednak:


Granger,


Zdane.
Runy: Powyżej Oczekiwań.
Transmutacja: Wybitny
Twoja pomoc okazała się niezastąpiona dobra.
PS Spal ten list zaraz po przeczytaniu.


D. Malfoy


Nie chciał odpowiedzi, a list miałam spalić, czego oczywiście nie zrobiłam. Schowałam go między książki dobrze wiedząc, że tam nikt z moich przyjaciół nigdy nie zajrzy.
Uśmiechnęłam się, jakoś tak dziwnie dowartościowana, że mogłam mu... pomóc.


Kiedy zaczął się szósty rok zauważyłam, że w moją stronę leci o wiele mniej inwektyw, niż to było do tej pory.
Wcześniej Malfoy i jego goryle starali się uprzykrzyć nam życie na każdym kroku, teraz robili to tylko wtedy, kiedy się mijaliśmy, kiedy mieliśmy ze sobą bezpośrednią styczność.
To zachowanie zaczęło wydawać mi się na tyle podejrzane, że podczas wieczornych patroli, kiedy zauważyłam Malfoya na korytarzu — samego — postanowiłam dowiedzieć się, o co chodzi.
— Malfoy — powiedziałam cicho, a on spojrzał się na mnie, przeszedł kilka kroków, po czym zatrzymał się i jeszcze raz obrzucił mnie wzrokiem, nagle trzeźwiejąc.
— Czego chcesz, Granger? — spytał sucho.


I tak w sumie niepozornie zaczęły się nasze osobiste dialogi, nasza własna wymiana zdań, przypadkowe spotkania na korytarzu, a między nami zaczęła tworzyć się nić porozumienia, której żadne z nas nie było w stanie — nie chciało — przerwać.


Trzy miesiące później, w listopadzie, dostałam list od rodziców, w którym pisali, że umarła moja babcia. Miała osiemdziesiąt lat i mogła pożyć jeszcze kilka lat więcej, ale... nie dała rady.
Spędzałam u niej całe dnie jako mała dziewczynka, zżyłyśmy się ze sobą, ufałam jej jak nikomu innemu, jednak w wieku jedenastu lat wszystko się zmieniło — nie mogłam do niej wracać po szkole, nasza więź zaczęła niknąć w oczach i nie było nic, co mogłyśmy zrobić, by to odmienić.


Mimo to na święta czy na wakacje znowu ją odwiedzałam, co dawało nam małą namiastkę tego ciepła, którym przyzwyczaiłyśmy się dzielić wcześniej, a teraz nie było to w stu procentach swobodne.
Jednak zawsze, od początku do końca, kochałam ją z całego serca, i nawet nie zdążyłam się z nią należycie pożegnać — tak, jak na to zasługiwała.
Przed całym światem schowałam się na Wieży Astronomicznej, dokładniej na schodach, do których dotarłam przez małą wnękę prowadzącą stopniami w dół do opuszczonej sali. Nikt tam nie zaglądał, a ja tak bardzo potrzebowałam w tamtej chwili samotności.
Siedziałam skulona i nie zwracałam uwagi na czas, kiedy usłyszałam, jak ktoś zszedł po schodach i zajął miejsce obok mnie. Myślałam, że Harry i Ron zrozumieli, że ja naprawdę wolałam pobyć sama.
— Idź sobie — wymamrotałam w kolano, które ciasno obejmowałam.
Nie, Granger. Zostaję — powiadomił mnie stanowczy głos.
Westchnęłam niemal bezgłośnie.
— Co tu robisz? — spytałam cicho, kiedy uświadomiłam sobie, że Malfoya się tak szybko nie pozbędę; jednak wystarczyło zadać mu kilka pytań, i już się ulatniał.
— Siedzę obok. — Och, powodzenia z takimi odpowiedziami, naprawdę. — Nie było cię na korytarzu, chociaż nigdy się nie zdarzyło, żeby szanowna Granger opuściła patrol, więc pomyślałem, że pewnie szopa włosów zasłoniła ci widok na prawidłową drogę.
— Przyszedłeś mnie wspomóc w powrocie na wyznaczone miejsce? — Uśmiechnęłam się, po czym pociągnęłam nosem. Rozprostowałam palce, a z jednej dłoni wyleciał gnieciony do tamtej pory liścik, który Malfoy złapał pierwszy.
Zacisnęłam usta — to w końcu był list, cudza korespondencja, moja prywatna sprawa.
— Już? — zapytałam, kiedy zdałam sobie sprawę, że od kilkunastu sekund Malfoy patrzył na mnie wnikliwie. Zmarszczył brwi na moje słowa, po czym, jakby nie wiedząc, co powinien zrobić, rozejrzał się dookoła. Chwilę później jednak jego dłoń dotknęła moich włosów, a on przygarnął mnie bliżej siebie.
Zamarłam.
— Jako mały chłopiec miałem lekcje wychowania, podczas których matka tłukła mi do głowy, że płacz kobiety, niezależnie kim ona jest, to dla mężczyzny wstyd. I chociaż poddaję w głęboką wątpliwość fakt, że jesteś kobietą, Granger, to wolałbym, żebyś przestała się mazać — stwierdził, jakby nie do końca wiedząc, jak powinien się w tej sytuacji zachować i co powinien powiedzieć.
Uśmiechnęłam się przez łzy, a on objął mnie jeszcze mocniej.
— No już, już, cicho, Granger — wymamrotał, mając podróbek oparty na mojej głowie.
Są takie chwile, które niezależnie od naszych widzimisię zbliżają nas niebezpiecznie do drugiej osoby.


I chociaż oboje potem nie przyznawaliśmy się do tej sceny, to i tak rozkruszyła ona pierwsze lodowce między nami.
Później było coraz... lepiej.
Wymykałam się wieczorami z dormitorium, siadywaliśmy razem, rozmawialiśmy, kłóciliśmy, śmialiśmy, ale wszystko było takie swobodne, niewymuszone.
Zaczęłam odkrywać, jaka przemiana zachodzi w Malfoyu — znikały spięte ramiona, wymuszony cyniczny uśmiech, ton pełen pogardy.
Zostawał ktoś, dla kogo warto było zadać sobie tyle trudu, by odkryć schowaną dotąd osobowość.


— Mój ojciec był zachwycony — kontynuuje z goryczą swoją opowieść, a ja przerywam swoje rozmyślania. — Stwierdził, że nawet nie ma co czekać, i już na rano zostanę przedstawiony Czarnemu Panu, by odebrać niezwykłą nagrodę. — Nie musi mówić, o co chodzi. Mroczny Znak. — Moja matka nie miała nic do gadania, ale ja sam wiedziałem, że nie dam rady. Być może chodziło o to, że jestem... byłem... za słaby, nie ukrywam, ale... po prostu nie mogłem — słyszę, jak gubi się w swojej opowieści, nie wie, jakich słów użyć.
Ile siły kosztuje go, by się do tego przyznać? Do czegoś, co przecież nie jest wstydem: każdy z nas ma własne granice, których z wszystkich sił nie chce przekroczyć.
— Po tym wszystkim, jakoś nad ranem, kiedy ojciec wypił wystarczająco, wróciliśmy do domu, a oni poszli dosłownie na kilka minut spać. Wiedziałem, że się obudzą i będą przygotowywać dom i siebie na godne ugoszczenie... Voldemorta — cedzi, a ja mam ochotę go objąć, jakoś sprawić, żeby jednocześnie wiedzieć wszystko, a przy tym nie zmuszać go do dalszej opowieści, wspominania o tym raz jeszcze. — Wbiegłem do pokoju, rzuciłem zaklęcie wyciszające i poprosiłem Mruka, by przyniósł mi miotłę do pokoju.
Słyszę o tym skrzacie już drugi raz — pierwszy był podczas jednej z naszych wielu rozmów, kiedy wyjaśniał mi strukturę działania skrzatów w czystokrwistych rodach.
Istniały skrzaty, które bezpośrednio odpowiadały za cały dom, ale też każdy z domowników miał swojego.
Malfoy dostał Mruka na swoje narodziny, i był z nim — o ile tak mogę to nazwać — bardzo zżyty. Co prawda skrzat był na każde jego skinienie — w końcu taki miał obowiązek, ale także, jak sam Malfoy wiele razy z ukrywanym wyrzutem i goryczą podkreślał, był przy każdym ważniejszym momencie w jego życiu, w przeciwieństwie do rodziców.
— Zdążyłem zrzucić wierzchnie szaty, schować różdżkę i wziąć pieniądze, kiedy pojawił się Mruk z miotłą. Pierwszy raz mu podziękowałem i poczułem... jak... jakbym zrzucił jakiś ciężar. On się uśmiechnął i zrozumiał, że najpewniej więcej nie wrócę. Nie mogłem go wziąć ze sobą, był przypisany do Malfoy Manor zaklęciem wiążącym. Nie było nic, co mogłem zrobić... — szepcze teraz, a ja dotykam dłonią jego włosów i składam na nich pocałunek. — Przeniosłem się do jakiegoś domu na Pokątnej i tam żyłem przez wszystkie te miesiące. Zawsze chodziłem z kapturem, żeby nikt mnie nie rozpoznał. Okazałem się takim tchórzem, takim egoistą, bo nie chciałem służyć Voldemortowi, ale zrozum, Granger, ja... po prostu nie mogłem.
I naprawdę rozumiem. Uśmiecham się smutno, po czym całuję go w czoło.
— W drugim tygodniu dostałem sowę. Nie miałem pojęcia, od kogo może być i na początku podejrzewałem, że to ojciec jakoś mnie odnalazł, ale... — urywa, po czym odchyla się i niespokojnie mierzwiąc swoje włosy, kontynuuje: — Dumbledore wyraził chęć pomocy mi. Nie wiem, czy wyglądałem na tak zdesperowanego, i jak mnie rozpoznał, skoro miałem kaptur, ale stwierdziłem, że skoro i tak już zna moją kryjówkę i wie, gdzie się kryję, to nie ma nic, co mógłbym stracić... Prócz ciebie — dodaje, a temperatura w moim ciele zwiększa się o kilka stopni. — Nie mogłem dopuścić, żeby ktokolwiek zaczął cię szantażować czy wymagać podania miejsca mojego pobytu, jeżeli by się o nas dowiedział. Musiałem dopilnować, żebyś o niczym nie wiedziała, a galeon... galeon został w mojej szacie... w Malfoy Manor. — Łapie moje uważne spojrzenie, a sam sekundę później przyszpila mnie wzrokiem. Uśmiecham się, próbując to wszystko zrozumieć, a on znowu opiera swoje czoło o moje własne. — I tyle razy, kiedy widziałem latające sowy miałem ochotę je złapać, napisać do ciebie i wszystko wyjaśnić, ale... obiecałem milczeć. — Marszczę brwi. Wieczysta Przysięga?
— Niepotrzebny był drugi szpieg wśród śmierciożerców, w końcu Snape doskonale odgrywał swoją rolę, jednak tak naprawdę nie było nikogo, kto przeniknąłby do samego świata rodzin czystej krwi. — Bierze głęboki wdech. — To zadanie było na tyle idiotyczne, że musiałem zaryzykować: czy plotka o tym, że uciekłem od rodziny rozniosła się dalej, czy pozostała wśród murów Malfoy Manor. — Bawi się jakimś krnąbrnym kosmykiem moich włosów. — Opłaciło się. Szpiegowałem dla Dumbledore'a, w zamian mając zapewnione własne, a przede wszystkim twoje bezpieczeństwo. Wiem, że mój całkowity brak znaku życia jest... niewybaczalny — mówi — ale... musiałem to zrobić. Jeżeli taka jest cena, którą jest mi dane zapłacić... cóż.
— Jeszcze nigdy nie usłyszałam od ciebie tylu słów naraz — wypowiadam pierwsze, co mi przychodzi do głowy. Patrzy na mnie z roztargnieniem.


Jednak cały czas coś mnie ściska, i chociaż wiem, że w stosunku do Malfoya takie zachowanie jest co najmniej ryzykowne, uderzam go z całej siły dłonią w ramię.
— Zostawiłeś mnie dwudziestego siódmego czerwca tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego siódmego — warczę, po czym uderzam go jeszcze raz, teraz naprawdę gotując się ze złości. — Teraz jest drugi maja tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego ósmego, a ty zjawiasz się jak gdyby nic po roku, tłumaczysz, dlaczego cię nie było, i jesteś niemal przekonany, że wszystko będzie dobrze? — Coraz bardziej podnoszę głos. Nie potrafię już dłużej nad sobą zapanować, zbyt długo to w sobie tłumiłam.
— Nie powiedziałem, że oczekuję wybaczenia. — Ocho, teraz to on wygląda na co najmniej wściekłego. — Przydałoby się chociaż jakiekolwiek zrozumienie z twojej strony, bo to wszystko, kurwa, robiłem dla ciebie, Granger! — krzyczy, a ja mam ochotę się skulić, jednak jego ręce na moich ramionach mi na to nie pozwalają. — Mogłem wyjechać, spróbować zapomnieć o tym wszystkim, ale żyłem w ciągłym kłamstwie, w ciągłym ryzyku, że kolejny dzień może być tym ostatnim, bo ktoś na ulicy mnie rozpozna, a ty śmiesz mi mówić, że jestem przekonany, że wszystko będzie tak, jak dawniej?
Moje słowa rzeczywiście nie były trafione.
— Nie miałam tego na myśli! — odpowiadam. — I nie twierdzę, że wina leży całkowicie po twojej stronie, skoro wolałeś, żebym zadręczała się myślami o tobie, niż poinformować mnie jednym zdaniem, co jest na rzeczy. Wolałeś się ukrywać, zgrywając jakiegoś przyczajonego bohatera, zamiast zmierzyć się z prawdą, wolałeś…
Pięść zaciska się na moich włosach.
— Skończ. Chrzanić. Granger — cedzi, a ja teraz naprawdę się boję przebywać tak blisko niego. — Ja... — Kręci głową. — Nie wiem, co mam ci powiedzieć.
Ja również nie wiem. Rok rozłąki pełen bólu i cierpienia, a tak naprawdę poświęcony w celu wyższego dobra... Kim jestem, by zacząć go teraz bezpodstawnie oceniać, nie wiedząc nawet co przeżył? To, co usłyszałam chwilę temu, jest zaledwie powierzchownym wyjaśnieniem.
Nawet nie mamy czasu na dokładniejsze rozmyślania, kiedy słyszymy potężny huk. Draco trzyma różdżkę wyciągniętą przed siebie, a wolną dłonią chwyta mnie za rękę.
— Chodź, Granger. — Po czym kieruje się w stronę miejsca, gdzie poprzednio stałam skulona, czekając na swój moment odwagi. — I nie rób nic głupiego — dodaje, jakbym sama o tym nie wiedziała.
Oczywiście nasze definicje przymiotnika: „głupi” mogą się znacznie różnić.


Znajdujemy się kilka cali od siebie, kiedy nagle słyszymy jakiś szelest i chowamy się za pobliskim drzewem. Sekundy mijają i nic się nie dzieje, więc postanawiamy iść dalej.
Mam wrażenie, że nasze spotkanie trwało kilka godzin i zastanawiam się, czy to za sprawą retrospekcji, czy po prostu wszystko poza nami płynie tak wolno.
Przed nami widać zarysy sylwetek i podchodzimy blisko na tyle, by wszystko widzieć, po czym kucamy, by jakiś krzew nas zasłaniał.
— To twoja matka? — pytam, kiedy rozpoznaję damską sylwetkę pochylającą się nad Harrym.
— Tak — mówi zdawkowo Malfoy, a ja uświadamiam sobie, że on nie wie, co powinien w tej chwili zrobić. Nie widział matki przez naprawdę długi czas, ale z drugiej strony kim jest kobieta, która pozwala, by jej własny syn szedł, niemal skazany na śmierć, na służbę do Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać?
Kręcę głową i ściskam mocniej jego dłoń.
Z tej odległości nie słyszymy żadnych szeptów — śmierciożercy muszą naprawdę podnieść głos, byśmy mogli cokolwiek zrozumieć.
Próbujemy zachowywać się jak najciszej, jednak kiedy próbuję kolano oprzeć o ziemię, trzask łamanej gałęzi wydaje się rozbrzmiewać echem w całym lesie.


Między śmierciożercami zalega cisza, a ja modlę się, by pomyśleli, że to tylko jakieś zwierzę. Zamykam oczy, jednak zaraz słyszę jakiś świst, krzyk, dudnienie, a po tym niemiłosierne ciepło zalewa moje ciało i nie rejestruję już nic więcej.


***


Otwieram oczy i próbuję wstać, jednak głowa boli mnie niemiłosiernie, tak samo jak całe plecy — czuję, jakbym musiała naprawdę mocno oberwać, a przecież nic takiego się nie stało. Zaraz jednak przypominam sobie, gdzie jestem i z kim.
Nieprzytomny stan mija jak przekłuta bańka mydlana.
Rozglądam się dookoła i widzę Malfoya przytrzymywanego przez jednego ze śmierciożerców. Zaciskam usta i wspomagając się rękoma, próbuję wstać. Chwieję się na nogach, ale teraz przynajmniej jestem w pozycji stojącej. Szukam różdżki, jednak nie ma jej nigdzie — musiała mi wypaść albo…
— Szkoda, że nie zjawiłaś się wcześniej, szlamo — mówi wesołym, niemal obłąkańczym tonem Bellatriks. — Nasz pan ucieszyłby się, mając taką przynętę, jednak teraz... — urywa dramatycznie, końcem różdżki dotykając swojej twarzy w geście, który mam chyba zinterpretować jako: „nie jesteś już potrzebna, a ja właśnie w tej chwili zastanawiam się, co z tobą zrobić”. — Mały Potter zabity, a więc teraz kolej na ciebie, szlamowata dziw…
Zamknij się — rozlega się nagle lodowaty głos. Należy do Malfoya.
Kręcę głową — pogarsza tylko sprawę.
— Jak śmiesz mówić tak do swojej ciotki? — odzywa się jego ojciec, którego mam ochotę przekląć. — Jak śmiesz stać tutaj bez żadnej skruchy z tą szlamą u boku? — Jego gniew powiększa się z każdym słowem.
Jakieś ramiona łapią mnie z tyłu, dłoń ciągnie za włosy, a różdżka zostaje przytknięta do mojego gardła. Przełykam głośno ślinę, w tym samym czasie próbując odszukać wzrokiem moją różdżkę.
I widzę ją, w końcu. Na ziemi, jakieś osiem stóp ode mnie, a dwie od Malfoya.
Nieciekawie — ja nie mam szans nawet się do niej zbliżyć, Malfoyowi również to się nie uda, w końcu sam jest przytrzymywany. Zwilżam usta końcem języka i chociaż naprawdę zaczynam się bać, postanawiam tego nie okazać.
Ktoś musi być silny.
I tak gorączkowo myślę o tej różdżce, kiedy przypominam sobie, co Lestrange powiedziała.
Harry...?
— Harry! — krzyczę, próbując wyrwać się śmierciożercy i zbliżyć do przyjaciela. Jednak wszyscy się śmieją z mojej bezradności, z tego, że... Harry nie żyje i nie ma nic, co mogę zrobić.
Drę się na całe gardło, szamotam się, kopię, próbuję zrobić cokolwiek, jednak jestem bezsilna.
— Och, szlamowata dziwko, kiedy nauczysz się zachowania, jakie przystoi szlamie? — słyszę głos tuż przy uchu, po czym nagle upadam na ziemię prosto na plecy, trafiona czerwonym promieniem.
Crucio!
Ból nie zna granic.


***


Mój umysł jest zamroczony, a ciało obolałe. Mam ochotę wpatrywać się w ciemną ziemię już do samego końca. Ochota do walki odchodzi, jestem taka wyczerpana...


Słyszę jakieś odgłosy walki, ale nawet nie mam siły obrócić głowy, by zobaczyć, co się dzieje.
Tak bardzo chcę gdzieś odejść, daleko stąd.


***


Ciężki but uderza w moje żebra, a ja kulę się z bólu, po czym przewracam na bok. Widzę scenę rozgrywającą się kilka stóp przede mną, ale nawet nie mam siły nawet krzyczeć, powiedzieć, żeby przestał i nic nie robił.
Draco...


Rejestruję, jak trafia zaklęciem dwóch śmierciożerców stojących obok. Tego, który go trzymał, najpewniej rozbroił już wcześniej.
Nie wiem, skąd ma różdżkę i jak to możliwe, że w takim razie mu jej nie zabrali.
Widzę, że trzyma w ręce drugą i zastanawiam się, jak on to zrobił
Po raz kolejny tego dnia próbuję być naprawdę silna, jednak nie daję rady wstać. Kaszlę krwią i upadam na ziemię, uderzając o nią twarzą.
Jestem wykończona.
Myśl, która świta mi w głowie to zdezorientowanie — gdzie podziały się te wszystkie chordy śmierciożerców, które jeszcze chwilę temu okalały wszystko dookoła.

— Mamy mało czasu, Granger! — słyszę głos i unoszę lekko głowę.
Draco patrzy na mnie i zaczyna szeptać jakieś zaklęcia, po czym siłą wlewa mi coś do buzi. Krztuszę się, ale przełykam eliksir, który rozlewa się w środku, po całym ciele. I chociaż nadal jestem obolała, to wstanie i chodzenie nie okazuje się już takim niemożliwym wyczynem.
Wsadza mi różdżkę do dłoni, po czym zaciska moje palce, jakbym była jakimś krnąbrnym dzieckiem, które nie potrafi wykonać najprostszych czynności. Mimo to uśmiecham się w jego stronę, chociaż widzę, że on zachowuje całkowitą powagę.
— Zostawili trzech śmierciożerców, by się nami zajęli. — Tylko trzech? W takim razie jeszcze mamy szansę, żeby to wygrać, skoro są na razie ogłuszeni. — W tym mojego ojca i ciotkę — dodaje, a mnie opuszcza szampański nastrój. — Musisz przeżyć, rozumiesz, Granger? — mówi, a ja mam ochotę się schować.
Teraz patrzę na niego tak naprawdę i widzę, jak bardzo mi na nim zależy i ile do niego czuję. Moje sklejone włosy i szata poplamiona od krwi nie nadają się do takiej wyjątkowej chwili, twarz też nie jest wyjściowa, ale nie wygląda, jakby Malfoy przykładał do tego wagę.
Po prostu zerka na mnie, przez co robi mi się ciepło na sercu, i z chwilą, w której nasze twarze przysuwają się ku sobie, wymusza na moich ustach desperacki pocałunek.
— Nie pozwolę ci zginąć — słyszę. Ciepły oddech drażni moje ucho.
— Nie pozwolę, być ryzykował dla mnie własne życie — odpowiadam.
— Och, bo się zrzygam. — Gwałtownie wyciągamy różdżki przed siebie.
Bellatriks Lestrange patrzy na nas z szaleńczym, charakterystycznym tylko dla niej, błyskiem w oku i skupia na nas całą swoją uwagę.


— Jesteście tacy żałośni — mówi. Widzę, że już nie patyczkuje się ze zrozumieniem, że jej dawny bratanek nie jest tym, kim chciałaby, by był. — A ty... straciłeś szansę na wieczną chwałę i szacunek Czarnego Pana! Teraz cierp! — krzyczy, celując w niego różdżką, z której wyłania się czerwony promień. Zanim Draco zdąży zrozumieć, co się dzieje, odpycham go ręką.
Zaklęcie uderza we mnie całą mocą, a ja przy wtórze krzyku przypominam sobie tamten wieczór w Malfoy Manor. Blizna nieznośnie piecze.
Nagle czar zostaje przerwany. Nie wiem jak to możliwe, że jestem w stanie wstać, ale kilkanaście sekund później podnoszę się na drżących nogach.
Za pierwszym razem wstanie po Crucio okazało się niemożliwe, teraz robię to bez większego trudu zastanawiając się, czy to za sprawą zaklęć czy eliksiru Dracona.
— Nigdy. Więcej. Tego. Nie. Rób — cedzi, omiatając mnie rozgniewanym spojrzeniem. Ups.
Nie odpowiadam, tylko uśmiecham się nie zważając na sytuację, w jakiej się znaleźliśmy. Naprawdę chyba ktoś dał mi jakiś eliksir uspokajający i „miej-wyrąbane-na-wszystko”, skoro większość rzeczy spływa po mnie jak deszcz po oknie.
— Znasz mnie — odpowiadam w momencie, kiedy Bellatriks podnosi się z ziemi.
Nagle słyszymy świst powietrza, ale orientujemy się zbyt wolno w tym, że kobieta ma jeszcze dwóch innych kompanów. Upadamy na ziemię, ja dodatkowo chwilę później przywiązana linami.
Widzę, że Draco ma zamknięte oczy i marszczę brwi. Co się dzieje?
— Nie tak prędko się obudzi, szlamo. — Ostry ton Lucjusza Malfoya rozbrzmiewa w moich uszach. — Zajmiemy się teraz tobą. Nie daruję ci zniszczenia mojej rodziny — podnosi głos, a ja uśmiecham się.
— To pan ją zniszczył — odpowiadam. Przywołuję w myślach magiczne noże i próbując myśleć kilkutorowo, staram się, by przecięły one liny oplatające moje ciało. — Chciał pan, żeby szesnastoletnie dziecko wkroczyło w szeregi śmierciożerców, nawet nie pytając jego o zdanie.
I także z tej odległości jestem w stanie zauważyć żyłkę pulsującą na bladym obliczu Malfoya seniora.
Jak śmiesz, szlamo? JAK ŚMIESZ?! — krzyczy. — Sectumsempra! — Upadam na ziemię, a szkarłat zalewa wszystko dookoła. To tak boli...




Jestem zamroczona i wiem, że już niedługo wykrwawię się na śmierć. Jednak... nie potrafię dać za wygraną, nie potrafię zapomnieć o tym, jak okrutnym ojcem okazał się Lucjusz Malfoy, jak i nie potrafię zapomnieć o jego synu, który leży obok, nieprzytomny...?
— Zniszczył pan całą swoją rodzinę... Zniszczył pan więzi, które miały być pana siłą, a nie słabością. I nawet jeśli zniszczy pan teraz mnie, to i tak strata syna, strata tego, co miał pan w życiu najcenniejsze, da o sobie znać. Jest... pan... nikim... — charczę ostatnie słowa, będąc tuż przy końcu.


Jakiś punkt jaśnieje w oddali, a ja wyciągam ku niemu rękę.
I kiedy moja twarz zwrócona jest w jego stronę, kiedy widzę jego nieopisaną wściekłość, szał, który go ogarnia, różdżkę, która niespokojnie drży w dłoni, i słyszę formułkę zaklęcia, które to wszystko zakończy, uśmiecham się.
Bo wiem, że nie ma niczego, co powinnam żałować.


Przez cały ten czas w Hogwarcie odkryłam wszystko, co tylko mogłam. Znienawidziłam jedenastolatka, z którym wymieniałam inwektywy na każdym kroku, poznałam szesnastolatka, któremu miałam udzielać korepetycji i pokochałam pewną blond czuprynę zaledwie niecały rok później, kiedy maski opadły. Teraz jest on idealnym materiałem na mężczyznę, którym powoli, małymi kroczkami się staje.
Mam cudownych przyjaciół, którzy być może jeszcze walczą na śmierć i życie, jednak jak najbardziej będę trzymała za nich kciuki, żeby wygrali i byli szczęśliwi…
Bo ja byłam szczęśliwa.
Jedyne, czego mogłam żałować to tego, że to już koniec historii zapisanej jedynie w połowie.


Przymykam powieki — świst powietrza, jakieś wołanie, jakaś rozpacz — jednak myśli wciąż pozostają.
Otwieram oczy z chwilą, kiedy ciało Dracona Malfoya upada na ziemię.


***

Budzę się zlana potem, a moja twarz jest cała wilgotna — przecieram ją rękawem bluzki, uświadamiając sobie, że to łzy.
Ciężar zawiesza się na moim sercu, nie pozwalając mi swobodnie oddychać.
Bose stopy stykają się z chłodną podłogą, kiedy zmierzam w stronę łazienki.
I cierpię. Wciąż cierpię.
Demony przeszłości dręczą mnie w moich koszmarach, raz za razem przypominając o stracie, jaką poniosłam na wojnie.
O stracie mężczyzny, który nie zasługiwał na śmierć.
Moczę twarz lodowatą wodą, po czym postanawiam zaparzyć sobie kawę.
On też lubił kawę, z jedną łyżeczką cukru, bez mleka.
A ja lubiłam na niego wtedy patrzeć, kiedy próbował się zrelaksować.
Nie chcę już dłużej spać, chociaż sińców pod oczami nie kryje nawet dobry krem.
I tak bardzo chciałabym przytulić się do jego piersi.
Gorzkie łzy lecą prosto na blat, do kubka, na podłogę.
I pragnęłabym oddychać, jednak ten ból przypomina mi o jego poświęceniu, poświęceniu w walce, którą jakimś cudem wygrali.
Oni. Ja przegrałam swoją osobistą bitwę.
Przypomina o tym, że nie pozwolił mi umrzeć, że, cholera, dotrzymał obietnicy.
I chociaż od kilku lat pracuję, to moje życie jest niczym.
Moje życie jest niczym bez niego.
Skończyło się z sekundą, w której przestało bić jego serce.

Obserwatorzy

Layout by Yassmine